Kultura

Szum nowej płyty

Artystyczna tłocznia winyli

Niezwykła manufaktura płyt Sebastiana Buczka w Pogorzelcu Niezwykła manufaktura płyt Sebastiana Buczka w Pogorzelcu Jakub Szafrański
Szał na winyle sprawił, że do nielicznych tłoczni ustawiają się kolejki. A w Polsce tłoczni nie ma... No, może jedna: na Lubelszczyźnie, ale właściciel jest artystą, a nie przedsiębiorcą.
Sebastian Buczek, artysta, konstruktor i właściciel AltanovaPress, jedynej w Polsce tłoczni płyt gramofonowychJakub Szafrański Sebastian Buczek, artysta, konstruktor i właściciel AltanovaPress, jedynej w Polsce tłoczni płyt gramofonowych

Droga do Pogorzelca, miniaturowej wsi położonej na północny wschód od Lublina, wiedzie przez krajobrazy tak płaskie, że na moment można zapomnieć o istnieniu trzeciego wymiaru. Ten początek Podlasia wydaje się niemal doskonale wyludniony, bocianie gniazda na słupach elektrycznych widzimy chyba częściej niż domy. Kanały melioracyjne, w tym najdłuższy w Polsce Wieprz–Krzna, też już dawno opanowała natura, zarosły trawą i mułem. Miejscowa legenda mówi, że wieś swą nazwę zawdzięcza nieudanym zalotom Napoleona. Ponoć gdy ten wracał z kampanii rosyjskiej, zatrzymał się tam ze swoją armią, a w trakcie postoju zakochał się w miejscowej dziewczynie. W końcu, odrzucony, w złości spalił całą osadę. Trudno powiedzieć, ile w tym prawdy, ale Pogorzelec naprawdę wygląda, jak gdyby budowano go na zgliszczach. Zabudowa jest rzadka: kilka chałup, nieduże pole kukurydzy, obora przystosowana do chowu zamkniętego i sklep spożywczy, w którym sprzedaje się piwo i cukierki. Obok tego sklepu stoi jeszcze jeden domek z obórką. W środku mieści się coś nietypowego: jedyna w Polsce tłocznia płyt gramofonowych.

Wosk jak droga szutrowa

Zawsze chciałem coś produkować. W dzieciństwie analizowałem budowę resoraków, frapowała mnie ich plastikowa forma – mówi Sebastian Buczek, artysta, konstruktor i właściciel pogorzeleckiej manufaktury płyt AltanovaPress. Jako chłopak zaczytywał się numerami „Młodego Technika”, samodzielnie budował latawce skrzynkowe, sterowane radiowo modele samolotów z silnikiem spalinowym. Mimo inżynierskiej smykałki wybrał studia artystyczne na katowickiej ASP. A może dzięki niej? – Fascynowała mnie możliwość łączenia nauki ze sztuką i techniką. Interesowałem się wynalazkami Leonarda da Vinci, architekturą renesansową opartą na studiach formy ludzkiej albo proporcjach dostrzeganych w naturze. Ale na akademii zorientowałem się, że to nie czasy na takie myślenie.

Na szczęście w wąskich korytarzach uczelni dość szybko spotkał pokrewną duszę, młodego asystenta w pracowni projektowania graficznego. – Od razu zwrócił moją uwagę, bo w dosyć zaawansowanym październiku chodził w sandałach. Wyglądał jak karaibska inkarnacja Chrystusa, w okularach i z kręconymi włosami – wspomina Wojciech Kucharczyk, prowadzący jedną z ważniejszych polskich wytwórni niezależnych Mik. Musik. To częściowo dzięki niemu w Buczku zrodziła się pasja dla analogowych technik rejestracji dźwięku. W kupionym w antykwariacie podręczniku „Instrumentoznawstwo i akustyka” znalazł informacje o wczesnych metodach zapisu płyt winylowych wymyślonych przez Emila Berlinera, który zastąpił wcześniej stosowane cylindry szklanymi płytami pokrywanymi woskiem. A że dziadek Sebastiana był pszczelarzem i miał stos woskowych krążków wysoki na metr, nie pozostawało nic innego, niż przyjąć wyzwanie i odtworzyć proces. – Najpierw zwyczajnie krzyczałem do tuby starego gramofonu na korbkę. Widziałem, jak na wosku odbija się dźwięk, to było niesamowicie namacalne.

Tę archaiczną technikę dość szybko zastąpiło coś nowocześniejszego: podłączona do elektromagnesu diamentowa igła, przenosząca na tworzywo drgania głośniczka odtwarzającego nagrane na kasetę klarnetowe improwizacje Sebastiana. Z kilkoma wyciętymi w ten sposób woskowymi i szelakowymi płytami poszedł na zaliczenie. – Podczas publicznego odsłuchu w pracowni, bodajże z gramofonu adam, po prostu spadłem ze stołka. Nigdy wcześniej ani nigdy później nie słyszałem tak nieprawdopodobnej reprodukcji dźwięku – ekscytuje się Kucharczyk.

Odsłuch płyt z Altanovej to rzeczywiście wyjątkowe przeżycie. Dźwięki są bardzo organiczne, choć zarazem wszystko brzmi brudno, jak gdyby w rowki płyty wpadło nieco ziemi. Jeśli po zwyczajnej płycie winylowej igła sunie jak po autostradzie, to krążki Buczka przypominają drogi szutrowe. Igła zbiera mnóstwo szumu, trzasków, czasem ryje własne ścieżki w tworzywie o nazwie PCL, obecnie ulubionym materiale Sebastiana, w wyniku czego tworzą się niespodziewane pętle. Wosk pszczeli jest szczególnie podatny na takie interwencje, o czym przekonuję się, gdy Sebastian kładzie na gramofon płytę wykonaną na potrzeby targów sztuki Liste odbywających się w Bazylei. Żółty, błyszczący krążek intensywnie pachnie, brudzi ręce słodkim aromatem i tłuszczem. Praktycznie nie da się go odtworzyć od początku do końca, ciągle się zacina, a nagrana na nim muzyka jazzowa tworzy niespodziewane konfiguracje z trzaskami i szumem. Trudno powiedzieć, co tu jest „właściwym” nagraniem, co brudem, co złudzeniem łatwowiernego mózgu, przyzwyczajonego do znajdowania wzorców wśród chaosu.

Mercedes wśród maszyn

Równie niesamowity jest sposób produkcji tych płyt, wyjątkowy na skalę nie tylko polską, ale też chyba światową. Wprawdzie samo chałupnicze wytwarzanie krążków winylowych nie jest aż taką rzadkością – w Polsce na przykład zajmuje się tym wrocławski Beevinyl – ale technika lathe cut (nazwa pochodzi od obróbki na tokarce), którą zazwyczaj posługują się podobne zakłady, to jeszcze nic w porównaniu z tym, co robi Buczek. Dla niego koniec procesu lathe cut – czyli ręcznego wycięcia płyty za pomocą maszyny przypominającej tę do pocztówek dźwiękowych – to często dopiero początek.

Tu zaczyna się od przygotowania matrycy, czyli ręcznie nagranej – bardzo podobnie jak w przypadku krążków lathe cut – płyty matki. Buczek robi to na maszynie przypominającej połączenie normalnego gramofonu i kilkudziesięcioletniej radiostacji, kupionej od wydawcy Wojcka Czerna. Placek tworzywa z wyciętymi weń rowkami lustrzy się potem cieniutką warstwą srebra, grubą zaledwie na kilka mikronów. Kolejny etap to galwanotechnika, czyli pokrywanie płyty kolejną warstwą metalu za pomocą elektrolizy. Takie matryce – trzeba bowiem przygotować po jednej na każdą stronę – to wzorzec dla kolejnych płyt. Wkłada się ją w specjalne formy, w których wyryto sieć kanałów, przez które naprzemiennie przepływają gorąca para i chłodna woda. Prasa zrobiona z wtryskarki stempluje na gorąco stopione w cylindrze tworzywo. Potem trzeba to wszystko schłodzić, bo jeśli otworzyć prasę na gorąco, płyta będzie miękka jak ciasto. Tłoczenie jednej płyty zajmuje około trzech minut, to tempo przemysłowe. Ale jakie inne miałoby być, skoro Pogorzelec jest właśnie – choć może i niewielką – uprzemysłowioną tłocznią? – Wkroczyłem w obszar technologii, a przecież jako artysta powinienem wziąć płótno i malować albo rzeźbić w kamieniu, a nie zajmować się stawianiem fabryk – żartuje Buczek.

Siedziba AltanovaPress ma szczególny artystyczny urok. Nawet drobiazgi ujmują, na przykład okiennicę dachową otwiera się za pomocą plastikowej ręki na sznurku przewieszonym przez żerdź. Podobnie z parkiem maszynowym. O kupionej po cenie złomu wtryskarce z fabryki zamków błyskawicznych w Skierniewicach Buczek mówi: – Mercedes wśród maszyn przemysłowych. To dzięki takiemu sprzętowi powojenna gospodarka Niemiec wróciła do życia. Kocioł parowy grzejący formy stał wcześniej w maglu, a dodatkowa spirala służąca do podniesienia temperatury pary do 130 stopni służyła do… pędzenia bimbru.

Naturalnie nie obyło się bez kilku ustępstw. Sebastian zamiast w winylu tłoczy w PCL, bardziej miękkim tworzywie o właściwościach podobnych do wosku pszczelego. Ponieważ nie ma cylindra do roztapiania granulatu (to dodatkowy koszt), PCL podgrzewa na kuchence, w zwyczajnym garnku żeliwnym. W wyniku problemów z galwanotechniką niklowe matryce, jakich używa się w profesjonalnych tłoczniach, musiał zastąpić miedzianymi, dużo łatwiej się zużywającymi.

Przyczyny tych koncesji są w dużej mierze ekonomiczne. Koszt postawienia nowej tłoczni od zera to jakieś kilkaset tysięcy złotych. Cena samej tylko profesjonalnej maszyny do wycinania płyt matek to w końcu kilkadziesiąt tysięcy dolarów. W dodatku nikt już ich nie produkuje, więc tyle płaci się za sprzęt używany. Podobnie jest z prasami do płyt winylowych, należy składać specjalne zamówienia na formy albo szukać używanych na rynku wtórnym. Dlatego też właściwie wszystkie „nowe”, otwierane dziś tłocznie są w gruncie rzeczy stare. Inwestorzy odtwarzają procesy produkcyjne i park maszynowy sprzed kilkudziesięciu lat.

Buczek starał się wprawdzie o znalezienie dofinansowania na rozwinięcie tłoczni, na przykład przez lubelski Inkubator Przedsiębiorczości, ale jak dotąd bez powodzenia. A kredytu z banku wolałby uniknąć. Po pierwsze – ze względu na ryzyko. Po drugie – nie do końca uśmiecha mu się działalność usługowa, bo chciałby bić płyty własnej wytwórni. Nie chce porzucić bycia artystą dla bycia przedsiębiorcą.

Płyta w czekoladzie

Te ambicje w zeszłym roku zaowocowały indywidualną wystawą w warszawskiej galerii Dawida Radziszewskiego. Późny debiut, bo w wieku 39 lat, ale też nie jest tak, że Buczek to artysta w pełni anonimowy. Przeciwnie, zapraszano go na ważne wystawy: „Poszliśmy do Croatan” w toruńskim CSW czy „Miraż” Łukasza Jastrubczaka w krakowskim Bunkrze Sztuki. To tam zresztą poznał Radziszewskiego i środowisko artystów jego galerii. Szybko zaczęli współpracować, Buczek wytłoczył płytę zespołu Boring Drug, w którym grali między innymi Jastrubczak i Tomasz Kowalski. Niewiele później wystąpili jako trio ŁST podczas Warszawskiej Jesieni.

Zawsze był obok świata sztuki, choć przecież ten sam świat sztuki jakoś się nim interesował. Mam wrażenie, że wcześniej jednak nie myślał o określeniu się jako artysta sztuk wizualnych – opowiada Radziszewski. Teraz chyba jest temu bliższy. Niedawno wrócił z pierwszych dużych targów sztuki Liste, na których pojawił się jako wystawiający artysta. Udało mu się sprzedać przygotowaną specjalnie na targi rzeźbę – oddychającą dębową figurę o spiralnym spojrzeniu, wykonanym za pomocą ulubionego narzędzia – precyzyjnej frezarki.

To z pewnością duży sukces Buczka, ale też dopiero pierwsze kroki w zachodnim świecie sztuki. – Obaj chcielibyśmy, żeby jego kariera nabrała tempa. To jest kwestia systematycznej i intensywnej pracy – twierdzi Radziszewski. A Buczek nie chce, żeby Pogorzelec i Altanova poszły w odstawkę. Chce z nich zrobić część świata sztuki. I w pewnym stopniu już to osiągnął, współpracując z artystami wizualnymi, którzy zapędzają się w rejony sztuki dźwięku. „Composition for Factory” Resonance Assembly to dla przykładu dokumentacja pracy szczecińskiej artystki Zorki Wollny. Na wydanej w zaledwie 22 egzemplarzach płycie znalazły się fragmenty jej kompozycji na opuszczoną fabrykę słodu w Berlinie. – Ten budynek stoi pusty od lat, maszyny niszczeją, nie ma szans na remont. Wydało mi się więc, że idealnie byłoby udokumentować tę akcję na płycie również ulegającej erozji – tłumaczy Wollny. Wytłoczone w PCL przemysłowe hałasy są nieprzyjemnie przesterowane, chropowate.

Taki sam nakład ma płyta „Spacer po Spiralnej Grobli” Łukasza Jastrubczaka, dźwiękowy zapis podmuchów wiatru, nagrany podczas spaceru artysty po najsłynniejszej pracy Roberta Smithsona. – Uderzyło mnie, że to, co słyszę w słuchawkach podłączonych do rejestratora, brzmi jak płyta Sebastiana – śmieje się Jastrubczak. – Nagrałem więc spacer od środka i do środka, naturalną koleją rzeczy było wydanie tego w AltanovaPress. Przezroczysta płyta imituje trasę artysty, bo na jednej ze stron rowki są nacięte od środka do zewnątrz. Efekt? Igła położona na środku płyty odkręca się do zewnątrz. Sebastian wykorzystuje też swoje płyty podczas stanowczo zbyt rzadkich performance’ów. Podczas jednego z nich wyciął płyty z… czekolady doprawionej gałką muszkatołową. Po występie podzielił ją pomiędzy publiczność.

AltanovaPress nie jest i chyba nigdy nie będzie spełnieniem marzeń o pierwszej polskiej tłoczni winylowej z prawdziwego zdarzenia. To coś dużo bardziej niezwykłego.

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

„Nie prowadzimy lekcji z masturbacji”, czyli na czym polega edukacja seksualna

Nie chodzi o to – jak wydaje się niektórym – żeby pokazywać techniki masturbacyjne. Raczej o to, żeby specjaliści wytłumaczyli rodzicom i wychowawcom, że coś takiego jak masturbacja dziecięca istnieje.

Dominika Buczak
17.06.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną