Kultura

Nie śmieją się śmiać

Dlaczego polskiej sztuce nie jest do śmiechu

Oskar Dawicki w „Performerze” Oskar Dawicki w „Performerze” Solopan
Na ekrany kin wszedł właśnie „Performer”, w którym Oskar Dawicki gra samego siebie. Pomysł zabawny, artysta słynący z poczucia humoru, a jednak z ekranu wprost bije depresja. Czy polska sztuka nie potrafi się śmiać?
Rzeźba Davida Černego w Pradze.Vit Simanek/CTK/PAP Rzeźba Davida Černego w Pradze.
„Rybak” – fotografia z cyklu „Niech sczezną mężczyźni” – projekt grupy Łódź KaliskaJaniak, Rzepecki, Świetlik, Wielogórski/Łódź Kaliska „Rybak” – fotografia z cyklu „Niech sczezną mężczyźni” – projekt grupy Łódź Kaliska

Oskar Dawicki w swej twórczości od samego początku, czyli od połowy lat 90., obficie posiłkuje się kpiną, groteską, żartem. Najbardziej zdaje się pochłaniać go problem miejsca i roli kondycji artysty (na przykładzie własnym) we współczesnej sztuce i – szerzej – w świecie. Oraz perspektyw (lub raczej ich braku), jakie stoją przed sztuką. Humorem podszyte były już pierwsze jego projekty, w ramach których zamówił cykl autoportretów u ulicznych rysowników, kazał się śledzić zawodowemu detektywowi, a swoje miniaturowe wizerunki umieszczał po kryjomu w folderach reklamowych różnych firm. Później były słynne, przezabawne filmy robione w ramach Supergrupy Azorro oraz performance, w których m.in. łkając, przepraszał za swoją sztukę lub w witrynie galerii wystawił 10 tys. zł – równowartość całego budżetu wystawy.

Wybór Dawickiego na bohatera filmu o współczesnym polskim artyście i na odtwórcę głównej roli wydawał się więc wyśmienity. Podobnie jak przemieszanie aktorów profesjonalnych (Agata Buzek, Andrzej Chyra) z ludźmi z tzw. branży (Anda Rottenberg, Zbigniew Warpechowski). Ale opary absurdu i zapach groteski towarzyszące sztuce Dawickiego gdzieś się ulotniły, a pozostała melancholijna opowieść o kondycji artysty nadwrażliwego i zagubionego w czasach marnych i podszytych komercją. Też ciekawie, ale szkoda niewykorzystanej szansy na dobrą zabawę. Z drugiej strony nie ma się co dziwić, bo – szczególnie w Polsce – trudno wyrwać się z paradygmatu sztuki poważnej i bojącej się ośmieszenia, pouczającej, uwielbiającej ból, cierpienie, przejmujący smutek.

Za pomocą humoru

Dla odmiany weźmy naszych, w sumie najbliższych, sąsiadów. Czesi z kolei śmieją się ze wszystkiego. A mogą się pochwalić Davidem Černým, bodaj najbardziej skłonnym do artystycznych żartów twórcą, jakiego nosi ziemia. Kpi brawurowo ze wszystkiego i wszystkich: prezydenta, polityków, rodaków, Europejczyków, a jego popularność tylko rośnie. Który z naszych twórców wpadłby na pomysł – jak to uczynił Černý – aby barkę wiozącą wielką rzeźbę dłoni z podniesionym środkowym palcem umieścić na Wiśle tak, by kłuła w oczy samego prezydenta?

W 2006 r. zorganizowano w Polsce wystawę „Shadows of Humor – przykra sprawa – czeska wystawa”, która pokazywała, jak za pomocą humoru, sarkazmu, pastiszu czy absurdu można opowiadać o rzeczach ważnych. Tymczasem we Wrocławiu oprotestowali ją obrońcy wiary, a w Bielsku-Białej trzeba było ją zamknąć po interwencji wiceprezydenta miasta, któremu nie podobała się kukła Saddama Husajna zatopiona w formalinie.

Gdy rok później otworzono podobną wystawę o naszej sztuce („Dowcip i władza sądzenia” w CSW Zamek Ujazdowski) było bardzo serio, a temat żartu w sztuce został poddany wnikliwej i wszechstronnej analizie. W efekcie widzowie oglądali ekspozycję z namaszczeniem, a uśmiech z rzadka i ledwo widocznie błąkał się po ich twarzach.

A przecież jakieś tradycje sztuki „jajcarskiej” jednak posiadamy. Skromne, ale ciekawe. W ostatnim półwieczu za jej największego mistrza wypada uznać, nawiązującą do najlepszych tradycji dadaistycznych, grupę Łódź Kaliska. Jej członkowie od końca lat 70. XX w. przez trzy dekady niezmordowanie organizowali happeningi i inscenizacje, kręcili filmy i kpili ze wszystkiego: rodaków, historii sztuki, obyczajów, religijności. Inteligentnie i zabawnie. Sarkastycznie i odważnie. W pewnym sensie ustawić obok nich można wrocławską Pomarańczową Alternatywę, która była jednak bardziej fantazyjnym ruchem społecznego oporu niż artystyczną formacją. Ciekawe, że obie te formacje największe sukcesy święciły w czasach stanu wojennego. Odpowiadały bowiem na niedorzeczności dnia codziennego jeszcze silniejszym nonsensem.

Elementy absurdu

Oczywiście po absurd sięga więcej polskich twórców. Na przykład Adam Niklewicz, który w swych pracach stale bada relacje i granice między sensem a bezsensem. I odkrywa, że pęto kiełbasy raz można przerobić na wiejską fujarkę, kiedy indziej zaś wykręcić w znak nieskończoności. Absurd to także ulubiona formuła Cezarego Bodzianowskiego. Są nim podszyte niemal wszystkie jego performance. Obojętnie, czy rozpinał z własnego ciała tęczę między wanną a sedesem, przyprawiał koniowi piątą (własną) nogę czy wchodził w rolę samozwańczego i nieustępliwego ochroniarza kuratora wystawy w Tiranie.

Rzadko się jednak pamięta, że Bodzianowski miał w polskiej sztuce godnego, choć niemal zapomnianego, poprzednika. To Paweł Freisler, który w latach 60. i 70. realizował (a w pełnej podejrzliwości i kontroli rzeczywistości PRL nie było to łatwe) tzw. sztukę intrygi, która – w największym skrócie – polegała na zakłócaniu sytuacji zastanych absurdalnymi akcjami w przestrzeni publicznej. Najsłynniejsza to próba zarejestrowania w Sèvres wzorca jajka, które z nierdzewnej stali osobiście wytoczył w jednym z rodzimych zakładów mechanicznych. W 1976 r. Freisler wyemigrował do Szwecji.

Elementy absurdu odnaleźć można nawet w powszechnie uważanej za uprawianą bardzo serio tzw. sztuce krytycznej. Z jej oparów wyłaniają się przecież liczne prace Zbigniewa Libery, z wyciągarką do penisa, urządzeniami kulturystycznymi dla dzieci, lalkami do ogolenia, słynnymi dramatami obróconymi w wydarzenia radosne (cykl „Pozytywy”) czy nawet obozem koncentracyjnym z klocków Lego. Podobnie jest z groteskową wojskową musztrą nagich żołnierzy Kompanii Reprezentacyjnej Wojska Polskiego Artura Żmijewskiego czy z wieloma pracami Katarzyny Kozyry, od doklejania sobie penisa („Łaźnia”), a mężczyznom – atrap kobiecych narządów („Święto wiosny”), po maskarady w filmach i performance’ach z cyklu „W sztuce marzenia stają się rzeczywistością”. Czy wreszcie z niektórymi pracami Zuzanny Janin, poczynając od jej bokserskiej walki z Przemysławem Saletą, a skończywszy na – to było dopiero brawurowe przedsięwzięcie z gatunku czarnego humoru – aranżacji własnego pogrzebu.

Ponad absurd i surrealistyczny żart współcześni polscy artyści chętniej wybierają jednak ironię. Niekiedy szyderczą i dosadną, ale częściej łagodną, lekko kpiącą i wyrozumiałą. W malarstwie prym wiodą dwaj twórcy. U Pawła Susida to ironia pełna dystansu, a niekiedy nostalgii, zgody na ten dziwny świat i jego reguły. Esencją jego obrazów są wypisywane na nich hasła; niektóre przeniknęły wręcz do potocznego środowiskowego obiegu, jak „Stażewski i Strzemiński mylą mi się”, „Jak mi się nie chce myśleć, sięgam po statystyki” czy „Złe życie kończy się śmiercią”. Z kolei malarstwo Marcina Maciejowskiego ma w sobie ironię niejako niezamierzoną. Autor wybierał z medialnego szumu pojedyncze scenki (najczęściej gazetowe ilustracje) i malował je w formie komiksowych obrazków. Dopiero wypreparowane i pozbawione kontekstu ujawniają całą swoją śmieszność oraz groteskowość różnych fenomenów współczesnej cywilizacji.

Cele satyry

Maciej Kurak z powodzeniem testuje ironię w przestrzeni publicznej i w projektach quasi-architektonicznych, a Elżbieta Jabłońska w maskaradach w strojach superbohaterów autoironicznie komentuje swoją rolę matki i żony. Jerzy Kosałka drwinę miesza z krytyką, za cel obierając narodowe mity, mechanizmy polityki, popkulturę. Po dowcip często sięga Kamil Kuskowski. Moja ulubiona praca to zespół tablic upamiętniających kolejne bitwy polsko-niemieckie, które gładko przechodzą w tablice upamiętniające kolejne pojedynki futbolowe między obu krajami. Zaczyna się więc od Cedyni w 972 r. (1:0 dla Polski), a kończy meczem w Dortmundzie w 2006 r. (1:0 dla Niemiec). Bitwa pod Grunwaldem została oceniona na 4:0 dla naszych.

Gdyby jednak pokusić się o wskazanie twórcy, który z uśmiechu, humoru czy kpiny uczynił broń najsilniejszą i stosuje ją najbardziej konsekwentnie, to – poza Oskarem Dawickim – byłby to Janek Simon. To przypadek szczególny, jako że artystę zdają się najbardziej pochłaniać problemy katastroficzne, raczej dość słabo kojarzące się z rozradowaniem. A jednak trudno się nie uśmiechnąć, obserwując jego animowany film „Odlot”, który pokazuje, jak to z panoramy Krakowa odpalają w kosmos, na wzór rakiet, wieże kolejnych kościołów. Najbardziej brawurowym projektem Simona był „Rok polski na Madagaskarze” – satyra z jednej strony na nasze historyczne skojarzenia z tym krajem, z drugiej – na imprezy promujące polską kulturę w świecie. Pomimo błazeńskiego na pozór konceptu, wzmocnionego pomysłem, by pokazać wyłącznie obrazy artystów z innych krajów, wystawa w Antananarywie (stolica kraju) niosła wiele ważkich treści.

Swego czasu Stanisław Wyspiański świetnie sparodiował „Bitwę pod Grunwaldem” Jana Matejki. Dziś jednak ani pastisze, ani parodie nie są popularne. Trudno się dziwić. Bo parodiowanie ma sens, gdy parodiowany jest powszechnie znany. Robić więc dzieła o Grycankach lub artystach pozujących „na ściankach”? Praktycznie jedynym wyjątkiem pozostaje grupa The Krasnals, która z pastiszu uczyniła swą podstawową broń. Głównym celem satyry uczynili malarstwo Wilhelma Sasnala i trzeba przyznać, że podeszli do zadania brawurowo, a gdyby nie duży poziom emocjonalnego zacietrzewienia, zapewne efekty byłyby jeszcze lepsze. Co ciekawe, Krasnalsi są jedynymi obok Łodzi Kaliskiej, którzy także porwali się na narodową świętość, malując prowokacyjną, współczesną, monumentalną wersję „Bitwy pod Grunwaldem” zatytułowaną „Statek głupców”.

Choć Krasnalsi ukrywają twarze, nie ukrywają płci. I okazuje się, że jest to grupa silnie sfeminizowana. Ale w polskiej sztuce stanowią raczej wyjątek niż regułę. Okazuje się, że patent na strojenie sobie żartów posiadają niemal wyłącznie mężczyźni. Czy odreagowują w ten sposób wizerunek macho lub drwala? A może artystki mają w sztuce więcej do nadrobienia i załatwienia, więc nie tracą czasu na żarty, tylko bezkompromisowo walczą o swoje racje?

Nawet ów męski legion prześmiewców i tricksterów nie zmieni jednak faktu, że humor nie jest najsilniejszą bronią polskich artystów. Sięgają po nią głównie wtedy, gdy chcą poironizować na własny temat lub na temat zawodu, który uprawiają. Za to o pryncypiach dyskutują na poważnie. Zawsze bliższy był nam Sienkiewicz aniżeli Hašek, metaforyczność symbolizmu, a nie absurdalność surrealizmu. Różnimy się pod tym względem nie tylko od braci Czechów, ale też dystansujemy się od tych fenomenów współczesnej sztuki, którym bliżej do uśmiechu niż marszczenia brwi. Warto zwrócić uwagę, jak wielu twórców zaliczanych do światowej czołówki ucieka od napuszenia ku lekkości przekazu, mimo poważnych niekiedy treści. Od Jeffa Koonsa, Matthew Barneya, Maurizio Cattelana, przez Pipilotti Rist i Cindy Sherman, po Ai WeiWeia. I jakoś korony im z głów nie pospadały. Dedykuję to młodym artystom, bo ci starsi zdają się już skazani na marszczenie brwi.

Polityka 42.2015 (3031) z dnia 13.10.2015; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Nie śmieją się śmiać"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Niezbędnik

Lefebryści. Schizmatycy w łonie Kościoła katolickiego

Papież Franciszek i jego poprzednik Benedykt XVI wykonali pewne gesty wobec tradycjonalistycznego Bractwa św. Piusa X. Czy może dojść do pojednania? I jakie pole manewru mają obie ze stron, skoro każda z nich uważa, że to ta druga powinna się nawrócić?

Roman Graczyk
05.11.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną