Rabaty na prenumeratę cyfrową Polityki

40% lub 50%

Subskrybuj
Kultura

Rysownik bez rys

Nieprzekupny twórca „Calvina i Hobbesa”

Bill Watterson jest nieugięty i odpowiada: żadnych gadżetów i licencji. Bill Watterson jest nieugięty i odpowiada: żadnych gadżetów i licencji. C.H. Pete Copeland / EAST NEWS
Komiksy zamieniane są dziś w filmy, gadżety i gry wideo, i dzięki temu zarabiają miliony. Z wyjątkiem „Calvina i Hobbesa”, bo jego autor Bill Watterson od 30 lat konsekwentnie odmawia komercjalizacji swojego dorobku.
„Calvina i Hobbesa” tworzyłem tak naprawdę, żeby rozbawić siebie i moją żonę Melindę – opowiedział Watterson w wywiadzie dla „Washington Post”.Egmont „Calvina i Hobbesa” tworzyłem tak naprawdę, żeby rozbawić siebie i moją żonę Melindę – opowiedział Watterson w wywiadzie dla „Washington Post”.
Calvin i HobbesEgmont Calvin i Hobbes
„Fistaszki” Charlesa M. Schulza i ich trzecioplanowy bohater Snoopy.Nasza Księgarnia „Fistaszki” Charlesa M. Schulza i ich trzecioplanowy bohater Snoopy.
Snoopy po animowanych ekranizacjach komiksu zrobił zawrotną karierę.CAP/NFS/EAST NEWS Snoopy po animowanych ekranizacjach komiksu zrobił zawrotną karierę.

Jak ognia unika dziennikarzy, praktycznie nie bywa już na konwentach komiksowych i właściwie nie wiadomo nawet, gdzie mieszka. Koledzy z branży rysowników prasowych nazywają go wręcz sasquatchem amerykańskiego komiksu, bo niby każdy zna go ze zdjęcia, ale na własne oczy widzieli jedynie wybrańcy. Co gorsza, nie dość, że odmawia bywania w mediach, to jeszcze nie chce zarabiać pieniędzy. Naprawdę wielkich pieniędzy, bo jego seria komiksów „Calvin i Hobbes”, która narodziła się równo 30 lat temu w listopadzie 1985 r., drukowana była w 2400 tytułach prasowych na całym świecie, a 11-tomowe książkowe wydanie zbiorcze opublikowano w ponad 50 językach. Teraz wystarczyłoby tylko przekuć ten sukces na licencjonowane produkty: ekranizacje filmowe, gry wideo, termosy, koszulki śniadaniówki, piżamy i co tylko można sobie wyobrazić. Tak zrobił choćby Jim Davies, autor „Garfielda”, zakładając Paws Incorporated, firmę zajmującą się sprzedawaniem na prawo i lewo licencji na produkty z leniwym kocurem i tworzeniem takowych.

Tymczasem Bill Watterson jest nieugięty i odpowiada: żadnych gadżetów i licencji. Zrobił tylko dwa wyjątki dla fanów: koszulkę z Calvinem na wystawę w MoMa oraz „Kalendarz na 16 miesięcy”. Wszystkie inne gadżety mają charakter piracki. Co więcej, w 1995 r., u szczytu kariery, Watterson po prostu zakończył rysowanie swojej słynnej serii, a powód w pewnym sensie przedstawił w ostatnim pasku, w którym 6-letni Calvin wraz ze swoim tygrysim przyjacielem Hobbesem dochodzą do wniosku, że mają jeszcze cały świat do zbadania. „Let’s Go Exploring!” – krzyczy Calvin, odjeżdżając po śniegu na sankach. Skąd tak nieprzejednana i antykomercyjna postawa? Odpowiedź można znaleźć zarówno w życiorysie artysty, jak i samym „Calvinie i Hobbesie”.

Ostatni komiksowy publicysta

Watterson, który wychował się na przedmieściach Cleveland, w małej miejscowości Chagrin Falls, usytuowanej wśród lasów i wodospadów, od dziecka marzył o karierze rysownika komiksów prasowych. Z naciskiem na „prasowych”, bo amerykański świat komiksu ma dość określoną hierarchię, którą wyraźnie widać w języku. Twórca komiksów prasowych – cartoonist – lokuje się w niej o wiele wyżej niż ktoś, kto pracuje w przemyśle związanym z superbohaterami, gdzie tworzy zespołowo. Tam nikt nie może być indywidualistą, jest jedynie ogniwem w manufakturze: pisze scenariusze, nakłada tusz albo rysuje ołówkiem postaci. Ponadto cartoonist nie tworzy dla zamkniętej niszy fanów, ale dla całej rzeszy tytułów prasowych, ma szerszą publiczność, a twórczość takich prasowych twórców, jak Walt Kelly („Pogo”) czy Charles M. Schulz, uważana była zawsze raczej za gatunek dziennikarski, rodzaj obrazkowej publicystyki, a nie za śmieszny dodatek do gazety, co ma miejsce dziś.

Nic więc dziwnego, że w filmie dokumentalnym „Dear Mr. Watterson”, w którym rzecz jasna tytułowy bohater nie pojawia się ani razu, inni rysownicy komplementują artystę słowami: ostatni wielki cartoonist. Co trzeba zrobić, żeby zasłużyć na taki komplement? Na początek: nie poddawać się, bo droga do spełnienia nie była łatwa. Zanim powstał „Calvin i Hobbes”, rysownik próbował swoich sił w branży reklamowej (której szczerze nie znosi), a także jako karykaturzysta polityczny (po pół roku się wypalił). – „Calvina i Hobbesa” tworzyłem tak naprawdę, żeby rozbawić siebie i moją żonę Melindę – opowiedział w wywiadzie dla „Washington Post”. I dopiero gdy zaczął rysować dla siebie i o sobie, udało mu się zrealizować marzenie.

Chodnikowy filozof

Światowe uznanie „Calvina i Hobbesa”, zarówno przez fanów, jak i krytykę, to wypadkowa wielu cech, wśród których kluczowe są wyjątkowo dynamiczne rysunki ze świetnie ujętym ruchem i mimiką, niejednoznaczność postaci, ogromna fantazja głównego bohatera, a także możliwość utożsamienia się z nim niezależnie od wieku i kultury. W końcu każdy miał kiedyś sześć lat i nieposkromioną wyobraźnię. Tylko że „Calvin i Hobbes” tylko z pozoru jest komiksem o dzieciach i dla dzieci.

Akcja serii dzieje się na przedmieściach, w otoczeniu, jakie Watterson znał z dzieciństwa: pagórki, mieniące się kolorami liściaste lasy. Tę przyrodę autor maluje w romantyczny sposób i choć stanowi ona jedynie tło, nie ma tu rzeczy przypadkowych. Konkretne przestrzenie to właśnie podwórko, szkoła, jednorodzinny dom, w którym mieszka najbardziej nieznośny sześciolatek na świecie, z rodzicami ledwo znoszącymi jego wybryki (co ciekawe, rodzice nie mają imion).

Bohater Wattersona nie ma ludzkich przyjaciół. Szkolny chuligan Moe i mała sąsiadka Susie to antagoniści. Jedynym przyjacielem samotnego urwisa jest gadający tygrys Hobbes, z którym Calvin prowadzi dyskusje o życiu, sensie sztuki, marketingu i mediach, jednym słowem – o świecie dorosłych. Główny bohater zna artystyczne i filozoficzne pojęcia, ironizuje – raz ma umysł dziecka, a raz wybitnie błyskotliwego dorosłego. Jak choćby w serii pasków, gdzie rysując kredą na ulicy, postanawia zostać chodnikowym postmodernistą.

„Ludzie jakoś nie chcą płacić za chodnikowe obrazy, których nie można zabrać, a deszcz je spłukuje. Współcześnie nikt nie chce wspierać sztuki z podatków. A korporacje nie będą mnie sponsorować, bo nie jestem dość sławny, by skutecznie reklamować ich wyrafinowanie kulturalne” – żali się Calvin.

Podobnie niejednoznaczny jest Hobbes: teoretycznie to tylko pluszak, który nabiera życia jedynie w wyobraźni Calvina. Jednak Watterson w jednym z najdłuższych wywiadów, jakiego udzielił w historii na łamach branżowego magazynu poświęconego krytyce komiksu „The Comics Journal”, zastrzegł, by nie traktować Hobbesa jedynie jako klasycznego dziecięcego problemu z wyimaginowanym przyjacielem, a raczej jako dopełnienie postaci Calvina. Zresztą, czy musiał to robić, skoro wiemy, że pod oboma imionami autor zakodował odniesienia do dwóch historycznych postaci: teologa i reformatora chrześcijaństwa Jana Kalwina i filozofa Thomasa Hobbesa.

Calvin siłą swojej wyobraźni powołuje do życia całe alternatywne światy, do których przenosi się akcja komiksu: w nudnej szkole, będącej wędzidłem dla jego kreatywności, marzy o tym, że jest astronautą walczącym z potworami, innym razem jest tyranozaurem w prehistorycznym świecie. Z czasem obok Hobbesa pojawiają się inni niewidzialni przez rodziców bohaterowie, jak dwójka zabłąkanych kosmitów, którym chłopiec sprzedaje Ziemię za 50 liści, bo musi wkleić je do zielnika w ramach pracy domowej. Sześciolatek z przedmieść to mały anarchista i skrajny indywidualista, nieznoszący ograniczeń systemu, jakim jest społeczeństwo nastawione na konsumpcję i karierę. Bez wątpienia alter ego autora. Jako dorosły prezentujący taką waleczną postawę wychodził nieraz na ekscentryka i marzycielskiego dziwaka. Podobna postawa u dramatyzującego dziecka budzi uśmiech, a także tęsknotę za marzeniami oraz ideałami, z których zrezygnowaliśmy. Paradoksalnie przygody Calvina nas bawią, bo poruszają szalenie poważne tematy.

Bawili także publiczność nad Wisłą, gdzie historia pojawiła się w 1994 r., najpierw jako „Kelvin&Celsjusz”. Pod tym tytułem ukazywało się również czasopismo komiksowe, kierowane przez zmarłego w 2013 r. polskiego pisarza Macieja Malickiego. Po upadku periodyku wydawanie serii Wattersona kontynuował Egmont już w postaci książek – ukazało się dotąd wszystkie 11 tomów. Można się też natknąć na próby innych spolszczeń imion bohaterów – choćby Kalwin i Mrożek.

Walka o przestrzeń

Opisana wyżej postawa bohatera komiksu wyjaśnia wszystko – jak po czymś takim autor mógłby się zgodzić na komercjalizację swojego dzieła? Byłoby to zaprzeczeniem tego, co przez lata mówił swoim czytelnikom. Nie chciał, by „Calvina i Hobbesa” spotkał los „Fistaszków” Charlesa M. Schulza, które opowiadały o depresyjnym społeczeństwie z zaburzonymi relacjami, o braku bliskości i zrozumienia, a jednocześnie reklamowały Forda i ubezpieczenia na życie. Z upływem lat cały sens „Fistaszków” za sprawą coraz liczniejszych gadżetów został sprowadzony do słodziutkiego Snoopy’ego, który po animowanych ekranizacjach komiksu z bohatera trzecioplanowego wyszedł na pierwszy plan. A więcej osób zna go dziś z piżamek i kubeczków niż z komiksów. Po zakupie przez Disneya wydawnictwa Marvel, znanego z takich postaci jak Spider-Man czy Hulk, tendencja do robienia z historii obrazkowych licencyjnej maszynki do zarabiania wyraźnie wzrosła.

Watterson rysowanie komiksów prasowych traktował poważnie – jako formę sztuki – i zdania nie zmienił. Co więcej, z upływem lat stawał się coraz bardziej bezkompromisowy. Odrzucał propozycje od Disneya, Lucas Arts czy Stevena Spielberga. Tymczasem pracownicy syndykatu prasowego, który go reprezentował, rwali włosy z głowy i nieustannie naciskali. Wywołało to reakcję odwrotną do zamierzonej – artysta w ramach protestu zrobił sobie w latach 90. półroczną przerwę od rysowania.

Artystyczne wakacje były także jego prywatnym protestem przeciwko temu, co się działo z komiksami w amerykańskiej prasie. Niedzielne dodatki komiksowe miały coraz mniejszy format, w codziennych wydaniach zmniejszano przestrzeń na komiksy do wielkości przysłowiowego znaczka pocztowego. Przestały się zatem liczyć umiejętności rysunkowe, żadne wyrafinowanie wizualne nie wchodziło w grę, a fabuła mogła właściwie sprowadzać się do trzykadrowego gagu. Watterson postawił ultimatum: albo dostaję pół strony w niedzielnym wydaniu, albo nie rysuję. Niektórzy koledzy z branży uznali to za objaw pychy, ale jednocześnie zazdrościli mu wywalczonej przez lata pozycji. Watterson spór wygrał. Ale był ostatnim, który dostał tyle przestrzeni dla siebie. I choć już przestał rysować (poza wyjątkowymi sytuacjami, jak choćby plakat dla zeszłorocznej edycji festiwalu komiksowego w Angoulęme – najważniejszej imprezy w branży), zrobił ostatnio coś, co sprawiło, że amerykańscy kolekcjonerzy oryginalnych plansz komiksowych długo będą obgryzać paznokcie. Przekazał mianowicie kompletne archiwum swoich rysunków w depozyt do Billy Ireland Cartoon Library and Museum, działającego przy Uniwersytecie Stanowym Ohio. Uznał bowiem, że młodzi adepci komiksu, podobnie jak adepci malarstwa, żeby się rozwijać, powinni mieć szansę obcowania z oryginałami, by podpatrywać techniczne niuanse. Łatwiej po czymś takim uwierzyć, że Watterson naprawdę traktuje komiks prasowy serio. Choć jest w tej postawie osamotniony.

Polityka 46.2015 (3035) z dnia 08.11.2015; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Rysownik bez rys"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Polityka przy stole. Symulator kampanii wyborczej i inne planszówki

Kogo znane na co dzień z ekranów i gazet polityczne spory nadal bardziej ekscytują, niż męczą, może sprawdzić swoich sił w ich wersji pudełkowej. Uwaga – wciągają jak prawdziwe.

Michał Klimko
25.11.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną