Ilustracje dla dzieci: sztuka czy chałtura?

Jak rysuje się przyszłość
Od 20 lutego w Zachęcie można obejrzeć wystawę „Tu czy tam. Współczesna polska ilustracja dla dzieci”. Warto przy okazji postawić pytanie, czy z tworzenia ilustracji książkowej można się dzisiaj w Polsce utrzymać.
Agata Dudek, „Tajemnica Malutkiej”
Wydawnictwo Ezop

Agata Dudek, „Tajemnica Malutkiej”

Emilia Dziubak, „Proszę mnie przytulić”
Wydawnictwo Ezop

Emilia Dziubak, „Proszę mnie przytulić”

Marta Ignerska, plakat na wystawę „Tu czy tam”
Zachęta

Marta Ignerska, plakat na wystawę „Tu czy tam”

Zofia Dzierżawska, „Lody”
Zofia Dzierżawska

Zofia Dzierżawska, „Lody”

Maria Dek, praca z wystawy „Love Boat” w Lizbonie
Maria Dek

Maria Dek, praca z wystawy „Love Boat” w Lizbonie

Gosia Gurowska, plakat na wystawę „Tu czy tam”
Zachęta

Gosia Gurowska, plakat na wystawę „Tu czy tam”

Patryk Mogilnicki, plakat na wystawę „Tu czy tam”
Zachęta

Patryk Mogilnicki, plakat na wystawę „Tu czy tam”

Zofia Dzierżawska, która pochodzi z Warszawy, a dziś mieszka i pracuje w Mediolanie, współtworząc Studio Armadillo, zawodowo zaczęła zajmować się ilustracją w 2011 r., ale przyznaje, że satysfakcjonujące comiesięczne minimum finansowe udaje się jej osiągać od trzech lat. Rysuje komiksy, zajmuje się ilustracją książkową, prasową i projektuje okładki. W Polsce znana jest chyba najbardziej z prac do opowieści o Misiu Kazimierzu autorstwa Pauliny Wilk, ale ma na swoim koncie także ilustracje prasowe do włoskich gazet czy autobiograficzny komiks „Do góry nogami”, opowiadający o dzieciństwie spędzonym w Warszawie i wyjaśniający Włochom uroki PRL.

Podstawowa różnica między włoskimi a polskimi klientami to forma kontaktu. Z rodzimymi są one bardziej konkretne i wszystko da się załatwić przez maila. Włosi wolą się spotkać osobiście, porozmawiać o projekcie i podkreślić, skąd mają kontakt. Ale z Włochami różowo wcale nie jest – płacą co prawda lepiej niż klienci z Polski, natomiast nie jest to europejska czołówka i na pieniądze trzeba czekać o wiele dłużej, standardowa umowa zakłada otrzymanie wynagrodzenie dopiero po trzech miesiącach od zrealizowania pracy.

– Muszę sobie robić tabelki i ustawiać alarmy na kilka miesięcy do przodu, żeby pamiętać, kiedy i o jakie pieniądze powinnam się upomnieć – mówi Dzierżawska i zastrzega, że od samego początku zakładała, że jej celem będzie praca na rynku międzynarodowym i nie ograniczy się tylko do Polski, bo o ile różnica w stawkach nie jest dla niej zaskakująca, to już warunki proponowane w umowach z klientami tak. Chodzi o prawa autorskie. Jak twierdzi, polscy wydawcy często nie rozumieją, dlaczego uzależnia swoje stawki od trybu przekazania praw autorskich.

– Dla mnie to oczywiste, że stawka będzie różnić się w zależności od tego, czy przekazuję prawa do ilustracji na 5, 10 czy 15 lat na zasadzie licencji czy odsetek od sprzedaży, czy też może sprzedaję je wydawnictwu dożywotnio (tzw. buyout). Przyznaję, że te problemy nie wynikają zwykle ze złej woli wydawców – raczej z nieświadomości. Zwrócenie uwagi najczęściej wystarcza, żeby kontrowersyjny fragment został zmieniony – podkreśla autorka.

O pieniądzach się nie dyskutuje

Dzierżawska to nie jedyna polska artystka, która zaznacza, że na polskich uczelniach o tak przyziemnych sprawach, jak pieniądze, negocjacje, licencje i pola eksploatacji utworu, po prostu się nie rozmawia. Natomiast jej podyplomówka z ilustracji w Mediolanie obejmowała osobne zajęcia na ten temat. Studenci musieli nauczyć się dokonywać wycen na podstawie różnych parametrów: nakładu czy rodzaju licencji. Dzierżawska, podobnie jak Emilia Dziubak, która od kilku lat współpracuje z wydawcami z Europy, USA i Azji, radzi młodym ilustratorom, by uważnie czytali umowy, negocjowali warunki.

– Absolwenci ASP kończą studia, mają mnóstwo energii i zapału, chcą za wszelką cenę wydać książkę, więc godzą się na wszystko. Ja sama tak robiłam na początku, sprzedałam pełnię praw autorskich do jednej z moich publikacji i dziś uważam to za bardzo poważny błąd – mówi Emilia Dziubak. Dodaje, że pieniądze to temat tabu. Trochę dlatego, że autorzy nie rozmawiają o nich nawet między sobą, bo w sumie rzadko się widzą: czasem na targach książki, przelotnie na wystawie. Większość z nich pracuje w domu, a ilustracja to pracochłonny zawód. Ona sama w zeszłym roku opracowała pięć książek, pracując po 12–14 godzin dziennie, a grafik ze zleceniami ma zapełniony do końca 2017 r. Do tego dochodzą edycje zagraniczne książek wydanych w Polsce. Największym zainteresowaniem cieszy się „Proszę mnie przytulić”, stworzona wspólnie z pisarzem Przemkiem Wechterowiczem. Książka ukazała się już w Niemczech, we Włoszech i na Tajwanie. Wkrótce pojawi się na Węgrzech i w Korei. Zdaniem Dziubak problem z polskim rynkiem polega również na tym, że nie ma u nas profesjonalnych agentów ilustratorskich, tak jak w USA czy Wielkiej Brytanii, bo rynek polski jest zbyt mały, by było na nich zapotrzebowanie. – Po jednej przygodzie z agentem, który przekonywał mnie, że przekazanie pełni praw autorskich do książki wydawcy to norma, dałam sobie spokój. Wszystkie umowy z wydawcami zagranicznymi załatwiam sobie sama. Kosztuje mnie to mnóstwo czasu, ale nie mam wyjścia.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną