Kultura

Przeżyć muzeum

Rewolucja w polskich muzeach historycznych

Muzeum Historii Polski – wizualizacja. Muzeum Historii Polski – wizualizacja. WWAA Pracownia Projektowa Marcin Mostafa/Platige Image
Szykuje się wysyp muzeów poświęconych historii Polski. Dla historyków i polityków najważniejsze jest to, co pokazują, ale dla widzów także to – jak to robią.
Muzeum Katyńskie – osobiste pamiątki po pomordowanych.Rafał Guz/PAP Muzeum Katyńskie – osobiste pamiątki po pomordowanych.
Jedna z prac włączona do historycznej ekspozycji Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie, „Chcesz cukierka – idź do Gierka”Centrum Dialogu Przełomy Jedna z prac włączona do historycznej ekspozycji Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie, „Chcesz cukierka – idź do Gierka”
Jedna z prac włączona do historycznej ekspozycji Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie, instalacja Tomasza Mroza, „Das Ende des Traums – koniec marzeń, Stettin 1945”, fotomontaż Kobasa Laksy.Centrum Dialogu Przełomy Jedna z prac włączona do historycznej ekspozycji Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie, instalacja Tomasza Mroza, „Das Ende des Traums – koniec marzeń, Stettin 1945”, fotomontaż Kobasa Laksy.

Dokładnie znana jest data rewolucji w sposobie opowiadania w Polsce o przeszłości. Nastąpiła w 2004 r., wraz z otwarciem Muzeum Powstania Warszawskiego. Placówki bez ustawionych pod linijkę eksponatów (z obowiązkowym napisem „nie dotykać!”), rzędów identycznych gablot, bez mamroczących przewodników. Za to z wyrazistą, emocjonalną i interaktywną opowieścią o wydarzeniach sprzed lat. Kilka lat trwał wśród muzealników spór, czy tak wypada, czy wolno odrzucać zobiektywizowane, choćby i mdłe, sposoby prezentowania przeszłości na rzecz ekspozycyjnych fajerwerków, sterowania uczuciami, narzucania interpretacji. Zadecydowali widzowie. Natychmiastowy i gigantyczny sukces muzeum (dziś wśród przyjezdnych jest uważane za jedną z największych atrakcji miasta!) sprawił, że gwałtownie przybyło naśladowców.

Mocne wejście miał Kraków. W 2010 r. otwarto Fabrykę Schindlera oraz Podziemia Rynku. Oba nafaszerowane nowoczesnymi narzędziami oswajania widzów z przeszłością. W 2013 r. swe podwoje otworzyło Muzeum Historii Żydów Polskich POLIN w Warszawie, rok później Europejskie Centrum Solidarności w Gdańsku, a w 2015 – Muzeum Śląskie w Katowicach oraz nieduże Muzeum Katyńskie w stolicy. Zaś dosłownie kilka tygodni temu – Centrum Dialogu Przełomy w Szczecinie. W najbliższym czasie martyrologiczny, muzealny boom czekać będzie przede wszystkim Gdańsk. Trwają (a właściwie ślimaczą się) prace nad Muzeum II Wojny Światowej. To projekt kojarzony z Donaldem Tuskiem, nic więc dziwnego, że nowa władza nie tylko patrzy nań niechętnym okiem, ale wręcz postanowiła go osłabić własnymi pomysłami: mającym powstać niemal po sąsiedzku Muzeum Westerplatte i Wojny 1939 oraz Muzeum Piaśnicy (Wejherowo), poświęconym mordom na ludności Pomorza w 1939 r. Do pełnej listy spektakularnych przedsięwzięć muzealno-upamiętniających wypada jeszcze dorzucić Muzeum Józefa Piłsudskiego w Sulejówku (planowane otwarcie w 2017 r.), no i największe tego typu przedsięwzięcie dekady – Muzeum Historii Polski. Oj, będzie się działo.

Ze wszystkich muzeów te zajmujące się historią są szczególnie narażone na polityczne i ideologiczne przepychanki. A im bliższe naszym czasom dzieje opowiadają, tym napięcie lawinowo rośnie. Ale też trzeba uczciwie przyznać, że to właśnie one okazały się najbardziej chętne do eksperymentowania i wprowadzania nowinek zarówno w sposobie prezentacji zbiorów, jak i komunikowania się z widzami.

Patyna przeszłości

Hitem stało się pojęcie „muzeum narracyjne”, jako symbol otwarcia, sukcesu, nowoczesności. Cóż to takiego? Lapidarnie i trafnie scharakteryzował je w jednym z wywiadów dyrektor Muzeum Historycznego Miasta Krakowa Michał Niezabitowski: „Dziś gość w muzeum nie chce widzieć i wiedzieć, ale przeżywać i brać udział”.

Przepis na dobre historyczne muzeum narracyjne jest jak przepis na dobry bigos, co oznacza, że liczy się zarówno bogactwo i jakość składników, jak i ich właściwe proporcje. Zawsze wydawało się, że w muzeum rolę takiej najważniejszej ingrediencji odgrywają zabytki i historyczne artefakty. Dziś już niekoniecznie. Z kilku zresztą względów. Po pierwsze, nowo powstające muzea nie bardzo mają je skąd brać, zaś inne placówki niechętnie oddają w depozyt to, co posiadają. Oryginały zastępuje się więc masowo kopiami, replikami, rekonstrukcjami. W Muzeum Powstania Warszawskiego eksponatów z epoki jest jeszcze sporo, ale w takich placówkach, jak POLIN czy Fabryka Schindlera, właściwie ich nie ma. Zachwycając się zatem starociami, warto uważnie czytać towarzyszące im informacje, by się przekonać, czy rzeczywiście pokrywa je patyna przeszłości, czy patyna nałożona w pracowni zdolnego współczesnego ślusarza, stolarza czy malarza.

Muzealnicy są podzieleni. Wspomniany już Michał Niezabitowski pisał: „W klasycznym muzeum zabytek to główny bohater, w muzeum narracyjnym – jest aktorem, który odgrywa taką rolę, jaką mu przeznaczył reżyser”. Ale Piotr Majewski, dyrektor Narodowego Instytutu Muzealnictwa i Ochrony Zabytków, w książce „Historia Polski od-nowa” przestrzega: „Rolą muzeum jest stworzenie warunków do kontaktu z autentykiem, bez którego muzeum nie ma racji bytu”. Sprawa jest skomplikowana. Z jednej strony razi masowe eksponowanie replik, bo to zamienia muzeum w rekwizytornię. Z drugiej – co ma zrobić takie na przykład Muzeum Historii Polski, którego opowieść o przeszłości trudno w ogóle wyobrazić sobie bez takich artefaktów, jak „Dagome iudex”, włócznia św. Maurycego, Konstytucja 3 maja czy zbroja husarska. Na oryginały nie ma co liczyć. Tu bez kopii po prostu się nie obejdzie.

Moda na rekonstruowanie się rozszerza. Podrabia się już nie tylko poszczególne obiekty, ale całe sytuacje. Widz nie ma do czynienia z aranżacją wystawy, ale z coraz bujniej tworzoną scenografią. Co można kreować? Wszystko. Namiot chana, przedwojenną kawiarenkę, pokój przesłuchań lub tortur oprawców z bezpieki, kanały, którymi wędrowali powstańcy, ziemiankę, w której kryli się partyzanci, chłopską chatę, dworską sypialnię, a nawet całą uliczkę itd., itp. Im bardziej realistycznie, tym lepiej. Równie ważne jak historyczna prawda staje się wrażenie, jakie robi na zwiedzającym. Nic dziwnego, że do tworzenia muzealnych scenografii coraz częściej zaprasza się artystów (mistrzem jest Robert Kuśmirowski, który potrafi przekonująco podrobić absolutnie wszystko) oraz teatralnych scenografów.

Drugi podstawowy składnik tego narracyjnego muzealnego bigosu stanowią tzw. nowe technologie. Już tylko najstarsi górale pamiętają, gdy atrakcją w muzeum był zwykły monitor. Później szczytem nowoczesności stały się audioprzewodniki. Dziś całe ekspozycje ociekają elektroniką. Filmy 3D, tablety, lasery, instalacje audiowizualne, hologramy, a nawet obrazy wyświetlane na parze wodnej. Dodatkowym słowem kluczem jest „interaktywność”. Interaktywne są więc ekrany, a nawet podłogi. Widzowie uczestniczą w różnych grach i quizach. Pojawiły się pierwsze próby wykorzystywania okularów Google Glass. Najmodniejszą zaś nowinką są dziś tzw. beacony, czyli system miniaturowych nadajników, który przy współpracy ze specjalną aplikacją na smartfony dostarcza nam informacji o tym, co akurat mamy ochotę w danym momencie oglądać.

W tym uwielbieniu dla techniki sporo jest pustego gadżeciarstwa. To także wygodny zamiennik dla tradycyjnej ekspozycji; zamiast męczyć się z eksponatami, po prostu digitalizujemy i wyświetlamy. Ale też i ryzyko, bo postęp technologiczny sprawia, że dzisiejsze kosztowne zabawki elektroniczne już po kilku latach trącą myszką, nudzą. Doskonale sprawdzają się jako źródło wiedzy dla bardziej dociekliwych widzów, którym nie wystarcza podstawowa ekspozycja. Ale jako patent na zasadniczą narrację wydają się zdecydowanie przecenione.

Trzecim istotnym składnikiem opowieści o dziejach jest coś, co złośliwi nazywają folkloryzacją muzeum, a przychylni – „poszerzaniem palety środków kontaktu z widzem”. Przede wszystkim więc tzw. pamiątki i gadżety dostępne w przymuzealnych sklepikach. Wszystkie te breloki, pocztówki, puzzle, kalendarze, magnesy. Ale też coraz bardziej wymyślne, niekiedy niebezpiecznie oscylujące w stronę kultury masowej. W POLIN można sobie kupić np. bidon, grawerowany wałek do ciasta czy deskę do krojenia w kształcie Pałacu Kultury i Nauki.

Następnie różne popkulturowe suplementy: murale, komiksy, konkursy na wiersze i piosenki. A także działania artystyczne lub quasi-artystyczne, jak panoramy i rekonstrukcje historyczne, happeningi, performatywne czytanie lub opowiadanie historii, inscenizacje. Czy wreszcie najmodniejszy element budowania okołomuzealnej, młodej społeczności – tzw. gry miejskie. Do tego dochodzą działania na społecznościowych portalach. Mistrzostwo w tego typu kreacjach osiągnięto w Muzeum Powstania Warszawskiego, które stale zaskakuje. Ostatnio np. organizacją turnieju gier planszowych dla dzieci i młodzieży. Pytanie, czy niekiedy jednak forma nie przytłacza treści?

Urok muzeów

I wreszcie ostatni element tej narracyjnej mieszanki: działanie na uczucia. Widz ma się wzruszyć, przejąć, zdziwić, zachwycić. Niekoniecznie ma wyjść z muzeum mądrzejszy, ale na pewno powinien wyjść – jak z dobrego melodramatu – poruszony. Stąd coraz powszechniejsze opowiadanie historii nie poprzez makro-, ale mikronarrację; pokazywanie losów konkretnych bohaterów, sięganie po drobne, ale symboliczne wydarzenia. Ot, historyczni Matysiakowie. Stąd też odchodzenie od obiektywnej prezentacji faktów na rzecz bardziej jednoznacznej interpretacji. To muzealnicy myślą za widza i narzucają mu, co ma odczuwać: złość, radość, identyfikację czy niechęć. Niekiedy trudno sobie wyobrazić inny scenariusz, jak na przykład w muzealnej opowieści o Katyniu. W poświęconym mu muzeum stajemy oko w oko z pokazywanymi jak relikwie rodzinnymi pamiątkami i osobistymi drobiazgami znalezionymi przy ciałach pomordowanych. Ale już narracja o powstaniu warszawskim czy żołnierzach wyklętych nie jest tak oczywista. Czy jedynym uczuciem widza ma być podziw i uznanie, czy jednak warto pokazać moralne dylematy tych bohaterów, ich osobiste dramaty, często brak możliwości wyboru? Liniowa narracja z reguły wyklucza wszelkie wątpliwości.

Pod koniec stycznia otwarto w Szczecinie kolejne muzeum historyczne, Centrum Dialogu Przełomy, poświęcone powojennym losom miasta. Zastosowano tam ciekawy i nowatorski na polskim gruncie zabieg. Otóż do historycznej ekspozycji włączono szereg prac artystycznych, powstałych „in situ”, specjalnie na tę okazję. Wystawę otwiera imponujący fotomontaż Kobasa Laksy, pokazujący w sfabularyzowanej formie Szczecin w momencie przełomu 1945 r. Kończy zaś, zachęcający do refleksji, ale i dający nadzieję, zawieszony nad wyjściem neon Huberta Czerepoka „Przyszłość nie jest już tym, czym kiedyś była”. Po drodze są zaś m.in. prace Roberta Kuśmirowskiego, Tomasza Mroza czy Wojciecha Zasadniego. I kapitalna praca wizualno-dźwiękowa „Blok” Grzegorza Hańderka, Michała Libery i Ralfa Meinza. Współczesna sztuka niejako komentuje historię, a historia przydaje tym pracom nowego sensu.

Teraz jednak uwaga zainteresowanych koncentruje się na Muzeum Historii Polski. Powołano je w 2006 r., ale dopiero w 2015 r. Ewa Kopacz podjęła decyzję o ostatecznej lokalizacji placówki na terenie warszawskiej Cytadeli. Rząd PiS tę decyzję utrzymał w mocy, a budowę uznał za priorytetową. Merytoryczny zespół muzeum miał więc sporo czasu, by odpowiedzieć sobie na pytanie, jak ma wyglądać ekspozycja. Wiadomo już, że na 8 tys. m kw. powstanie sześć galerii opowiadających dzieje Polski od zarania po 1989 r. Podkreślone będą trzy wątki narracyjne: polityczny (historia jako dzieje walki o wolność), tożsamościowy (kształtowanie się polskości) oraz cywilizacyjny (obyczaje i życie codzienne).

Wiadomo więc dość dokładnie „co”, ale wiadomo też z grubsza „jak”. Nad kształtem ekspozycji pracuje m.in. Platige Image kojarzone z Tomaszem Bagińskim oraz pracownia WWAA z Borisem Kudličką, co mogłoby sugerować daleko idącą teatralizację. Dyrektor muzeum Robert Kostro jednak uspokaja: „Mamy to szczęście, że jesteśmy mądrzejsi o dziesięć lat doświadczeń i eksperymentów innych muzeów historycznych w Polsce. Obserwowaliśmy wielki zachwyt nowoczesnymi technikami i konwencją narracyjnego opowiadania historii. Spróbujemy wybrać dla siebie to, co najlepsze i w odpowiedniej dawce”. I choć trudno wyobrazić sobie powrót do nudnego muzeum z przeszłości, to wydaje się, że MHP nie ulegnie powierzchownemu powabowi jednowymiarowej scenograficzno-narracyjno-emocjonalnej prezentacji.

Nie ma wątpliwości, że konwencja narracyjna pozwoliła wielu ludziom na nowo odkryć urok chodzenia do muzeów. Fantastyczna frekwencja w takich placówkach, jak Muzeum Powstania Warszawskiego, Podziemia Rynku, Fabryka Schindlera czy POLIN, dobitnie o tym świadczy. Jednak coś za coś. W atrakcyjności przekazu i uleganiu popkulturowemu kodowi gubią się głębia, interpretacje, wielowątkowość, niuanse, aspekty. Przeżywamy, ale czy stajemy się mądrzejsi? A może powinniśmy się pogodzić z faktem, że muzea stają się trybem w machinie rozrywki, a nie edukacji? Mam nadzieję, że MHP pokaże, iż oba światy da się rozsądnie pogodzić.

Polityka 8.2016 (3047) z dnia 16.02.2016; Kultura; s. 86
Oryginalny tytuł tekstu: "Przeżyć muzeum"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Nauka

Psi umysł

Nie my udomowiliśmy psy. One zrobiły to same i dzięki temu, pod pewnymi względami, stały się bystrzejsze od szympansów.

Marcin Rotkiewicz
01.06.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną