Kawiarnia literacka

Jak wygląda pisarz
Coś, co zrodziło się pod wpływem kaprysu i stanowiło próbę zbudowania wizerunku najtańszym możliwym kosztem, teraz rządzi moim życiem – a przynajmniej decyduje o tym, jak wyjdę z domu.

Przez dwa i pół roku mieszkałem w Danii. Był to przypuszczalnie najbardziej pisarski okres w moim życiu, to znaczy byłem bardziej pisarzem niż kiedykolwiek wcześniej albo później. Stało się tak za sprawą osamotnienia. Ponieważ nie mogłem poświęcić się rzeczom, które naprawdę lubię – np. włóczeniu się z kumplami po mieście, pawianieniu przed fajnymi szmulami, ostatecznie graniu w kometkę z własnym dzieckiem – z konieczności zacząłem więcej pisać. Nudziłem się gorzej niż na zebraniu kreatywnym, z tej nudy zrodziła się powieść „Szczęśliwa ziemia” i obszerne notatki, z których wyfrunęła „Inna dusza”. Dziś mieszkam w Polsce, już się nie nudzę, więc z pisaniem jest gorzej.

Obcokrajowcy, z którymi rozmawiałem (a także nieliczni Duńczycy), nie bardzo wierzyli, że jestem pisarzem – i to z Polski. Pisarzy w ogóle na świecie mamy niewielu, więc spotkanie takiego dziwadła wydaje się zjawiskiem na miarę lądowania UFO na cmentarzyku parafialnym. Mój wygląd podsycał wątpliwości, ale i podsuwał nowe tropy. Mianowicie zapanowało dość zgodne przekonanie, że ze mnie ruski gangster. Z perspektywy człowieka Zachodu Polak stanowi przecież mniej udaną wersję Rosjanina. Przystałem na tę rolę, widząc w niej szansę awansu społecznego. W końcu bandyta cieszy się większym prestiżem niż człowiek pióra.

Ludzie dalej wątpią w to, że jestem pisarzem. Podobno nie wyglądam, gdyż mistrzów słowa próżno szukać wśród orangutanów. Nie mam z tym kłopotu, lecz jeno frasunek. Skoro nie wyglądam jak pisarz, to zapewne ktoś wygląda. Istnieje więc jakiś wzorzec zewnętrznej pisarskości, określone atrybuty zdolne przekonać nasze przypadkowe społeczeństwo, iż objawił się mu człowiek pióra. Przypuszczam, że chodzi o wysłużony golf, na który narzucono marynarkę pamiętającą przynajmniej cztery śluby i trzy rozwody. Nie od parady byłyby też buty z placu oraz sztruksy starte od klęczenia przed decydentami odpowiedzialnymi za rozdział kasy w kulturze. Ów strój, piękny w swej skromności, nie maskuje, a raczej podkreśla przymioty pisarskiej fizyczności. Mowa o garbie powstałym na skutek ciężaru literatury polskiej i wąskich barkach ściągniętych ku sobie od targania siatek z biedry, pełnych najtańszych serów i flach kadarki półsłodkiej. Nalot papierosowy na wąsach i wódczany oddech przydają domyślnemu pisarzowi odrobinę zawadiackiego uroku.

Takich pisarzy jednak już nie ma, gdyż próżno szukać jedynego wzorca. Owszem, istnieją piszący menele, lecz chyba żaden zawód nie oferuje takiego rozstrzału wizerunków. Wystarczy porównać Marcela Prousta z Ernestem Hemingwayem. Mimo to wciąż dochodzi do pomyłek. Mnie na ten przykład wzięto za Michała Witkowskiego, a piwo popijane z kumplem – za sytuację randkową. Do dziś zastanawiam się, jak to było możliwe. Ciekawi mnie też, co o tym sądziłby sam Witkowski.

Pewnego rodzaju zaniedbanie, dezynwoltura w podejściu do własnej prezencji należy już do przeszłości. Pisarze zrozumieli, że wizerunek jest ważny, być może istotniejszy od książek, i każdy staje na głowie, aby coś tym ugrać. Wspomniany już Witkowski ruszył na podbój świata mody, kierując się właśnie tym przekonaniem. Szczepan Twardoch roztacza wokół siebie urok eleganckiego barbarzyńcy odzianego w markowe marynarki, dla odmiany Żulczyk puszcza oko do młodzieży, nosząc łachy od raperów. Książki nie wystarczają. Musimy być jacyś.

Ja dla odmiany noszę koszulki zespołów metalowych, do czego doszło właściwie przypadkiem. Po prostu lubię takie koszulki. Muzykę metalową mam za drzwi do Narnii, za krainę baśni, do której uciekam, gdy męczy mnie życie, a koszulki są ładne na swój prymitywny sposób. Pomyślałem sobie pewnego dnia: czemu nie? Skoro chcę się wyróżnić, zrobię to właśnie tak.

Mój tzw. sukces odbił się korzystnie na stanie garderoby. Zespoły i wytwórnie przysyłają mi koszulki. Sam nieustannie kupuję nowe, tłumacząc sobie, że potrzebuję ich do pracy. Nie mieszczą się już po szufladach. Potykam się o nie w toalecie, a ja niczym primadonna na tramalu lamentuję, że nie mam co na siebie włożyć.

Zauważyłem jednak coś niepokojącego. Dość często pokazuję się publicznie (nie lubię tego, ale to część mojego zawodu) i zawsze staram się założyć inną koszulkę, taką, jakiej nie nosiłem wcześniej. Podobno tak trzeba, tak się powinno, tak sądzi Kim Kardashian. Ludzie potem komentują. Istnieje wąskie grono czytelników-metali, którzy jarają się moimi koszulkami.

A gdybym zapragnął założyć coś innego? Przecież kiedyś tak się nie ubierałem i wcale nie muszę się tak ubierać. Przecież mogę inaczej, tylko nie wiem jak. W konsekwencji zrozumiałem, że staję się niewolnikiem własnych koszulek. Coś, co zrodziło się pod wpływem kaprysu i stanowiło próbę zbudowania wizerunku najtańszym możliwym kosztem, teraz rządzi moim życiem – a przynajmniej decyduje o tym, jak wyjdę z domu. Znam już krok następny: zbieranie koszulek, wyszukiwanie tych właściwych przestanie mnie cieszyć i wkrótce stanie się wstrętne. Wolałbym, żeby do tego nie doszło, ale przecież dojdzie. Do tego wiem, że problem istnieje jedynie w mojej głowie, stanowiąc widomy dowód mego zidiocenia. Poprzewracało mi się tam, pod krzyżem, od dobrobytu.

Zapytałem kiedyś Grzegorza Królikiewicza, jak być wolnym człowiekiem. Poradził, abym wybrał sobie rodzaj niewoli. Wypadało posłuchać.

***

Łukasz Orbitowski (ur. 1977) – pisarz. Debiutował na łamach miesięcznika „Science Fiction”. Poza niezliczonymi opowiadaniami ma na swoim koncie kilkanaście powieści, m.in. „Tracę ciepło”, „Święty Wrocław”, „Szczęśliwą ziemię” – za którą był nominowany do Paszportu POLITYKI, oraz „Inną duszę”, za którą otrzymał Paszport POLITYKI w 2016 r. Mieszka w Warszawie.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną