Kultura

Jaka przeszłość nas czeka

Twórcy kultury piszą przeszłość na nowo

„Suplement” Pana Tadeusza w reż. Piotra Cieplaka. Spór polsko-polski trwa do dzisiaj, tylko już nie wiadomo, czy chodzi o zamek, o psy czy wszystko naraz. „Suplement” Pana Tadeusza w reż. Piotra Cieplaka. Spór polsko-polski trwa do dzisiaj, tylko już nie wiadomo, czy chodzi o zamek, o psy czy wszystko naraz. Rafał Guz / PAP
Sierpień to dla Polaków szczególna pora. Pierwszy dzień miesiąca przypomina heroiczną klęskę, ale dalej mamy wielkie zwycięstwa: w Bitwie Warszawskiej 1920 r. i w Gdańsku w 1980 r. W przerwach uprawiamy wojnę polsko-polską.
Powstańczy mural w Warszawie, czerwiec 2016 r.Artur Widak/Forum Powstańczy mural w Warszawie, czerwiec 2016 r.

Artykuł w wersji audio

Powstanie warszawskie nie jest już tylko warszawskie. Jest polskie, ogólnonarodowe, w tradycję powstańczą wpisują się miasta, które okupację przeżyły bez zbrojnych zrywów. Kalendarz tegorocznych obchodów, pełen patriotycznych demonstracji, angażował ludność nawet w małych miejscowościach. Co w jakimś stopniu zrównoważyło rozkwitający w ostatnim czasie kult żołnierzy wyklętych. Ta zmiana proporcji zaskakuje zapewne nie tylko historyka: Armia Krajowa zeszła nieoczekiwanie na drugi plan. Wiedza o wyklętych podawana w przystępnej formie wchodzi do polskich szkół, o bohaterach podziemia antykomunistycznego kręci się obecnie filmy, zaś półka poświęconych im książek jest coraz dłuższa.

Przeczytałem niedawno w jednym z komentarzy, że dwie czołowe partie dokonały właśnie podziału wpływów: PO ma teraz czcić powstańców warszawskich, niezbyt elegancko potraktowanych przez władze z okazji niedawnej rocznicy, natomiast PiS skupi się na budowaniu mitologii żołnierzy wyklętych. Co zapowiada dalszy ciąg wojny polsko-polskiej pod flagą biało-czerwoną.

Pochód i kondukt

Marcin Napiórkowski, semiotyk kultury, przypomniał niedawno w ciekawym wywiadzie dla „Gazety Wyborczej”, że w rozmowach o przeszłości można wyodrębnić dwie narracje konkurencyjne: pochodu i konduktu. „Kondukt żałobny mówi: »Musimy pamiętać o naszych zmarłych, musimy opowiedzieć ich historię«. Pochód mówi: »Zmarli to zmarli, zostawmy ich, przed nami jest przyszłość świetlana«”.

Po 1989 r. prawie wszyscy znaleźliśmy się w pochodzie, choć nie wszyscy – z konieczności – na jego czele. Wybraliśmy przyszłość. („Wybierzmy przyszłość” – brzmiało hasło Aleksandra Kwaśniewskiego, z którym wygrał wybory prezydenckie w 1995 r.). Zapis nastrojów tego czasu pozostał w powstających wówczas filmach i powieściach. Kino, zamiast rzucić się na zakazane wcześniej tematy z niedawnej historii, lansowało bohatera gangstera i cynicznego esbeka. Młodzi pisarze skupili się na opisywaniu swych problemów miłosno-erotycznych, śmiejąc się z naiwnych krytyków marzących o powieści na miarę czasów, nowym „Przedwiośniu”, by podać najbardziej trafiający do wyobraźni przykład.

W 1994 r., kiedy obchodziliśmy okrągłą 50. rocznicę powstania, nic wielkiego w społecznym wymiarze się nie wydarzyło, choć na obchodach stawiły się jeszcze w zwartych szykach całe oddziały żywych i dziarskich powstańców. Nawet okolicznościowy spektakl, przygotowany na placu Krasińskich przez Izabelę Cywińską, nie wszystkim się spodobał. Może spodziewano się przedstawienia bardziej dystansującego się od legendy?

Dziesięć lat później nastroje były już zupełnie inne. Jak mówi cytowany wcześniej Napiórkowski: „Cezurą jest rok 2004, 60. rocznica powstania warszawskiego i wejście Polski do Unii Europejskiej. Nagle część ludzi, którzy już się dorobili, zaczyna myśleć: »zaraz, czy myśmy o czymś nie zapomnieli?«. Pozostała część, znacznie większa, uświadamia sobie: »kurczę, nie dogoniliśmy naszych marzeń. Dlaczego? Czy przypadkiem nie popędziliśmy bezmyślnie naprzód, zaniedbując przeszłość i nasze wobec niej zobowiązania?«”. Rozpoczął się boom pamięciowy, którego apogeum właśnie przeżywamy, choć czeka nas z pewnością jeszcze niemało atrakcji.

Wystarczy wyobrazić sobie ekrany naszych kin, na których za dwa, trzy lata pojawią się masowo filmy powstające w ramach ministerialnego programu wspierania kina historycznego, narodowego. Sądząc po pojawiających się obecnie zapowiedziach, wyklęci wygrają z powstańcami, co z pewnością spodoba się młodzieży, która „robi” frekwencję w kinach.

Dlaczego właśnie wyklęci, zwani też niepokornymi i niezłomnymi? Najprostsza odpowiedź jest taka, że była to jedna z największych białych plam w naszej historii, ale to nie jedyna przyczyna. Zapewne działa na wyobraźnię gest sprzeciwu wobec wyroków historii – nie poddali się, choć sojusznicy zdradzili w Jałcie, zaś świat – jak to nieraz w przeszłości bywało – pozostał obojętny i nieczuły. Nie ulegli komunie, pozostawali do końca wierni Sprawie, mimo że szansa na realizację programów militarnych i politycznych była zerowa. Czyli niemal dokładnie – romantyczna figura polskiego bohatera tragicznego. Pewnie dlatego każda próba nawet nie podważenia mitologii, ale przypomnienia, że w niepodległościowej partyzantce trafiały się również niesubordynowane jednostki, wywołuje natychmiastowy protest i emocjonalne komentarze.

Rosną szeregi rekonstruktorów (którzy 15 sierpnia znowu pogonili wojska sowieckie pod Radzyminem), kibice, którzy jeszcze nie tak dawno wywieszali transparenty wyrażające bezbrzeżne przywiązanie do tradycji klubu, zmienili barwy na narodowe, zaś zamiast legendarnych piłkarzy wolą czcić bohaterów obecnego historycznego sezonu.

Przyglądałem się nieraz rekonstruktorom, wprawdzie nie w warunkach „bojowych”, lecz w bardziej pokojowych okolicznościach, i wręcz rzucało się w oczy, jak dobrze czują się w gromadzie, z jakim uwielbieniem traktują swoje rekwizyty, te karabinki straszaki i odrapane hełmy. Może to także nieoczekiwany efekt zniesienia obowiązkowej służby wojskowej? Nie zdajemy sobie sprawy, jakim silnym przeżyciem budującym był pobyt w armii. Dla wielu mężczyzn wręcz inicjacją w dorosłe życie. O czym rozmawiają starsi z okazji rodzinnych uroczystości? O wojsku.

Tak czy inaczej, mają rację socjolodzy, młodzież potrzebuje ideologii. Z braku konkurencyjnych propozycji wzięli to, co zostało im zaoferowane. Innej wersji historii nikt nie był w stanie im zaproponować.

Dlaczego tylko prawica ma swoich świętych?

W III RP z kretesem przegrała tradycja pracy organicznej, zapomniany został wysiłek modernizacyjny inteligencji polskiej z przełomu XIX i XX w. Do młodzieży nie dotarł etos „niepokornych”, ale nie tych z lasu, lecz z książki Bohdana Cywińskiego („Rodowody niepokornych”). Lewica, która była przecież u władzy, też nie zadbała o stworzenie kanonu swoich świętych, a przecież miałaby tu niemałe pole do popisu, gdyby przykładowo odwołała się do tradycji szlachetnych rewolucjonistów-socjalistów: Ludwika Waryńskiego, Stefana Okrzei czy Marcina Kasprzaka. Pierwszy skonał w szlisselburskiej twierdzy, dwaj pozostali zostali powieszeni przez rosyjskiego zaborcę na stokach warszawskiej Cytadeli (Okrzeja w wieku 19 lat). O PPS, który u zarania III RP budził nawet spore zainteresowanie, chyba ostatecznie zapomniano. Zdarzało się, że wymienione nazwiska, ale i inne z tego samego zbioru, znikały w ramach dekomunizacji z nazw ulic, mylone z utrwalaczami reżimu komunistycznego.

Lewica wchodziła w nowe czasy z poczuciem wstydu za całe dekady PRL i starała się jak najszybciej udowodnić, iż w istocie wywodzi się z tego samego pnia narodowej mitologii. Niedawni pezetpeerowcy chętnie opowiadali, że uczyli się czytać na paryskiej „Kulturze”, do snu słuchali Radia Wolna Europa, w domu zawsze panował kult marszałka Piłsudskiego, zaś stryjeczny dziadek wujka zginął w Katyniu.

Coś się próbuje robić na przekór tej tendencji, lecz w wymiarze lokalnym. Podczas pobytu w Łodzi w czerwcu widziałem na słupie ogłoszeniowym zapowiedź obchodów rocznicy wydarzeń 1905 r. Pojawiła się chyba nawet wzmianka „Łódź miastem rewolucji”. Trudno przypuszczać, by apel spotkał się z żywym odzewem, samo słowo rewolucja brzmi podejrzanie, kojarzy się z Leninem i mordami politycznymi.

Własnej narracji historycznej nie stworzyła również Platforma Obywatelska, wybierając „pochód” przeciwko „konduktowi”. Nie bez znaczenia był fakt, że Donald Tusk nie pochodzi z Warszawy i tradycja powstańcza wcale nie musiała mu być tak bliska jak rodzonym (i zasymilowanym) warszawiakom. W podobnej sytuacji znalazła się jego następczyni. Kiedy jesienią ubiegłego roku, jeszcze przed wyborami, na tzw. Łączce na Powązkach, gdzie znajdują się niezidentyfikowane w większości szczątki wyklętych, Ewa Kopacz przemawiała z okazji otwarcia mauzoleum, jej mowa wypadła zasmucająco blado. Mówiąc modnym językiem, nie zmieściła się w tej narracji.

Z drugiej strony wręcz osaczony tradycją warszawsko-insurekcyjną Bronisław Komorowski też nie był w stanie przeciwstawić się mitologii lansowanej przez prawicę. Orzeł z czekolady stał się niezamierzenie symbolem patriotycznego obciachu, a koncepcja, by obchodzić święta państwowe na wesoło, na dłużej została skompromitowana.

Dziś można prorokować, że wzorcem na dłużej pozostaną smoleńskie „miesięcznice”. Jarosław Kaczyński sprawia wrażenie, jakby nie mógł pogodzić się z myślą, że jego brat zginął w katastrofie samolotu. Tragicznej, może nie do końca w szczegółach wyjaśnionej, ale w katastrofie. Dlatego próbuje wpisać „poległych” w tradycję niepodległościową, powstańczą, o czym było głośno w tym roku przed 1 sierpnia z okazji tzw. apelu pamięci (dawniej był to apel poległych). Nie inaczej z obchodami rocznicy Bitwy Warszawskiej: w Ossowie na tzw. Polanie Dębów Pamięci odsłonięto popiersia generałów, którzy zginęli w katastrofie smoleńskiej. W poprzednich latach znalazło się tam popiersie m.in. prezydenta Lecha Kaczyńskiego.

Film „Smoleńsk” ciągle nie jest gotowy (premiera już 9 września), lecz jakieś wersje robocze były już widziane, ponoć w ostatniej scenie ofiary Katynia wstają z grobów i oddają cześć „poległym pod Smoleńskiem”.

Sarmaci w rezerwacie

W tle współczesnych sporów pojawia się jako punkt odniesienia przeszłość jeszcze bardziej przeszła. W modzie jest od pewnego czasu sarmatyzm, mający wyznawców wśród konserwatystów, w wydaniu ludowym przejawiający się w dworkowej zabudowie, koniecznie z gankiem. Biura zajmujące się szukaniem antenatów mają pełne ręce roboty. Ostatnio nawet Doda ogłosiła, iż postanowiła być szlachcianką, więc zamówiła podobne badanie. Na pewno wkrótce pochwali się herbem.

Zapewne moda na sarmatyzm zainspirowała Piotra Cieplaka, który w Teatrze Narodowym przedstawił całego „Pana Tadeusza”, rewelacyjnie czytanego przez lekko „podreżyserowanych” aktorów, a także współczesny ciąg dalszy. W „Suplemencie” pozostajemy w imaginarium wielkiego poety, na scenie znajdują się podobne rekwizyty, tylko zmurszałe, nadgryzione zębem czasu. Spór trwa nadal. Nie wiadomo, czy o zamek, czy o psy, zapewne o wszystko naraz, czego tylko możemy się domyślać, ponieważ ta swoista XIII księga pozbawiona jest słów. Oglądamy pantomimę grozy, rodzaj danse macabre.

Zza metalowej siatki przygląda się przeniesionym w inne czasy sarmatom zagraniczna wycieczka. Ale nie zatrzymuje się na dłużej, gdyż to chyba nie jest największa atrakcja na jej turystycznym szlaku.

Rozdział poświęcony modzie na sarmatyzm znalazł się w książce Jana Sowy „Inna Rzeczpospolita jest możliwa!”. To druga, obok „Prześnionej rewolucji” Andrzeja Ledera, bardzo ważna pozycja, proponująca odmienne spojrzenie na naszą historię i współczesność. Żeby od razu wszystko było jasne, autor tytułuje wspomniany rozdział „Nędza sarmatyzmu”. Oto jeden z fragmentów: „Porządek społeczny panujący na polskiej wsi między XVI a XIX wiekiem zasługuje ze wszech miar na miano niewolnictwa. Gdybyśmy z filmu »Django« Quentina Tarantino zdjęli pewną warstwę przekoloryzowanej przemocy, która jest nieodłącznym elementem twórczości tego reżysera, otrzymalibyśmy dość wierny obraz wsi z okresu I Rzeczypospolitej”. Sowa nie ma litości dla sarmatów, oskarżając ich o to, że doprowadzali do systematycznego upadku państwa, zakończonego rozbiorami.

Autor, niekryjący lewicowych poglądów – w sensie społecznym, nie politycznym – podobnie traktuje dwudziestolecie międzywojenne. Wymienia nierówności społeczne, zacofanie cywilizacyjne, nacjonalizm, konflikty na tle etnicznym, antysemityzm, urojone dążenia mocarstwowe i polityczną niestabilność. Nie wspomina o odbudowie państwowości po 123 latach, patriotycznym zrywie w 1920 r., znaczących inwestycjach gospodarczych czy wychowaniu patriotycznym, które zaowocowało w czasie okupacji. Nie musi, są to przecież fakty ze szkolnego podręcznika.

Tak czy inaczej, lata 1918–39, czas z jednej strony wielkiej narodowej mobilizacji, z drugiej zaś pogarszających się obyczajów politycznych (dodajmy, że nie było to podówczas w Europie wyjątkiem), jako matryca demokracji dla współczesności nie bardzo się nadaje. To już lepiej pozostać przy legendzie ostatnich szwoleżerów, kulcie przedwojennej matury oraz nieprzemijającym uroku piosenek Warsa i Petersburskiego. Co jednak ciekawe, serial o Eugeniuszu Bodo, jednej z emblematycznych postaci tamtej epoki, nie wzbudził wśród Polaków wielkiego zainteresowania. I nie dlatego, że był złym serialem. Może już czar lat 20., lat 30. przestaje działać?

22 postulat sierpniowy

Jaka zatem przeszłość nas czeka? Wszystko wskazuje, że nadal będzie to narracja konduktu. Legenda powstań i żołnierzy wyklętych, zaś w szerszej historycznej perspektywie – I Rzeczpospolita, szlachecko-sarmacka. Szkoda, że przestaliśmy liczyć na historię nowszą, która od lat jest postponowana w wyniku sporów politycznych, rzutowanych także w przeszłość. Jeszcze nie wiadomo, jak obchodzona będzie rocznica podpisania porozumień sierpniowych, ale prawdopodobnie bez wielkiej fety. To zaniechanie to ogromny błąd. Zapominamy o doświadczeniu wspólnotowym, którym była Solidarność, ruch społeczny, czy też bezkrwawe narodowe powstanie zakończone ogromnym sukcesem. Bez 1980 r. nie byłoby bowiem 1989 r.

Jan Sowa we wspominanej książce przedstawia Solidarność jako jedno z najważniejszych, wciąż inspirujących wydarzeń w całej naszej historii. Jego zdaniem „przez kilkanaście miesięcy między sierpniem 1980 a grudniem 1981 roku Polska była najbardziej demokratycznym miejscem na świecie”. Podobnie po powrocie z Gdańska pisał wybitny reporter Ryszard Kapuściński, w podobnym duchu etykę Solidarności definiował ks. Józef Tischner.

Może jednak warto przypomnieć dzisiaj ideę państwa uspołecznionego, solidarnego, projekt Rzeczpospolitej jako dobra wspólnego. Choćby po to, by inaczej spojrzeć na doświadczenia ostatniego ćwierćwiecza. Zastanowić się: czy myśmy o czymś nie zapomnieli?

Zamiast cytowania tez programowych Solidarności – fragment wiersza „22 postulat”, który znalazłem w powielanej w 1980 r. broszurze:

„Wreszcie zacznijcie się zastanawiać
Gdy do nas wołacie Drodzy Rodacy.
Przestańcie wmawiać nam głupotę
Anarchię i brak doświadczenia
Zamiast klajstrować, gdzie popadnie
Od siebie zacznijcie zmieniać
(…)
Przestańcie dzielić nas i skłócać
Rozdzielać punkty, przywileje
Przemilczać niewygodne fakty
Fałszować historyczne dzieje”.

Zresztą kanoniczne 21 postulatów też warto by każdego roku w okolicach 31 sierpnia odkurzyć. Choćby jako dokument historyczny.

Polityka 35.2016 (3074) z dnia 23.08.2016; Kultura; s. 80
Oryginalny tytuł tekstu: "Jaka przeszłość nas czeka"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Ludzie i style

Związki romantyczne: zachowania, które wydają się normalne, a są toksyczne

Zdarza się, że mylimy zachowania, które są do zaakceptowania, z takimi, które stopniowo nasze związki wyniszczają.

Polityka.pl
13.05.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną