Kultura

Kolory szarości

„Sól Ziemi”: filmowa opowieść o fotografie Sebastião Salgado

Sebastiao Salgado Sebastiao Salgado Against Gravity / materiały prasowe
Od 19 października z POLITYKĄ będzie można kupić „Sól ziemi” – film o Sebastião Salgado, przez wielu uważanym za najwybitniejszego żyjącego fotografa.
Dokument Wima Wendersa i Juliano Ribeiro Salgado „Sól Ziemi” będzie można kupić z następnym numerem POLITYKI. W kioskach od 19 października.materiały prasowe Dokument Wima Wendersa i Juliano Ribeiro Salgado „Sól Ziemi” będzie można kupić z następnym numerem POLITYKI. W kioskach od 19 października.

Opowieść zaczyna się od przypomnienia cyklu zdjęć wykonanych przez Salgado w 1986 r. w kopalni złota Serra Pelada w Brazylii. Gigantyczna dziura w ziemi, z której po prowizorycznych drabinach kilkadziesiąt tysięcy robotników wynosi urobek na górę. Na własnych plecach, w pyle, mozolnie, krok po kroku, na powierzchnię znajdującą się 200 m wyżej. Witajcie w piekle. A zarazem w świecie zatrzymanym w kadrze przez Salgado.

Początkowo nic nie wskazywało, że nazwisko urodzonego w 1944 r. w malutkiej mieścinie Aimores Brazylijczyka będzie po kilkudziesięciu latach wymawiane z czcią przez niemal wszystkich fanów fotografii na świecie. Studiował ekonomię, a po dyplomie pracował dla Międzynarodowej Organizacji Kawy i dla Banku Światowego. O nagłej wolcie zadecydował właściwie przypadek: jego żona kupiła aparat fotograficzny, by robić zdjęcia zabytkom, ale to jego bezgranicznie urzekł trzask migawki. I będąc już po trzydziestce, zdecydował się poświęcić resztę życia fotografowaniu.

Z jednej strony „Sól ziemi” jest klasycznym filmem biograficznym, opowiadającym mniej więcej chronologicznie o życiu głównego bohatera. Wiarygodnie, bo to zadanie wziął na siebie syn artysty. I profesjonalnie, bo wspierał go wybitny reżyser Wim Wenders. Biorąc jednak pod uwagę niezwykłe losy życiowe Salgado oraz skalę i wręcz ekstremalny charakter jego artystycznych przedsięwzięć, jest to obraz daleko wybiegający poza klasyczne kanony gatunku.

Mamy w tym filmie niezwykle sprawnie zmontowaną i niezawodną w przekazie mieszankę złożoną z anegdot, wypowiedzi artysty i jego najbliższych, filmów, które pokazują go przy pracy (szczególnie polecam sekwencję z wyjazdu na Wyspę Wrangla i „podchodami” twórcy pod kolonię morsów). Są opowieści o życiu rodzinnym, relacjach z żoną, dziećmi i rodzicami. Ale najważniejsze pozostają oczywiście fotografie. Trzeba wiedzieć, że Salgado nigdy nie rozdrabniał się na robienie pojedynczych zdjęć czy krótkich cykli. Od samego początku pociągały go wielkie przedsięwzięcia, nad którymi praca zajmowała od kilku do kilkunastu lat i z reguły wyłączała artystę z normalnego życia.

Ten rozmach onieśmiela, zadziwia, budzi zachwyt. Tu nie ma kompromisów, drogi na skróty, udawania. Każde zdjęcie, każda seria, każdy projekt musiały być dopracowane w szczegółach, okupione odpowiednią daniną przewędrowanych kilometrów i godzin oczekiwania, cierpienia i samotności.

5 wielkich projektów

Tych głównych projektów było pięć. Najstarsze to „Inne Ameryki” (1977–84), czyli ciąg wypraw mających na celu utrwalenie życia w lokalnych społecznościach różnych krajów Ameryki Południowej (Peru, Ekwador, Boliwia). Następnie był „Sahel” (1982–84) o ludziach postawionych w sytuacji katastrofalnej suszy w środkowej części Afryki. Później „Robotnicy” (1991–93) ukazujący trud i znój ludzi ciężko pracujących w różnych zakątkach świata oraz „Exodus” (1993–99) poświęcony migracjom. To w ramach tego ostatniego projektu powstał bodaj najbardziej dramatyczny cykl pokazujący wzajemne wypędzenia ludów Tutsi i Hutu w Rwandzie. I to on sprawił, że w twórcy coś się załamało. Nie wytrzymał presji nieznośnej pamięci o wszystkich zgonach, których był świadkiem, o wszystkich nieszczęściach, które oglądał i dokumentował. A równocześnie zwątpił w to, co napędzało go do pracy – w wiarę, że swą fotografią może cokolwiek zmienić, poprawić, uczynić świat lepszym.

Film ciekawie opowiada o tym momencie kryzysu i o jego konsekwencjach – ucieczce od fotografii. Jednak nie w prywatność, nie w wycofanie, a tym bardziej nie w czerpanie z uroków życia, ale w świat konkretnych działań na rzecz przyrody. Bo zainspirowany przez żonę Salgado postanowił odtworzyć na rodzinnych, wypalonych słońcem włościach tzw. las atlantycki. W ramach tej akcji zasadzono 2,5 mln drzew na obszarze 600 ha. Ten projekt (dziś znany jako Instituto Terra) zajął twórcy 10 lat, a jego efekty są równie imponujące jak fotografie Salgado. Bujna roślinność porasta dziś pozbawione jeszcze przed dekadą jakiejkolwiek roślinności wzgórza wokół rodzinnej farmy, która dziś jest już publicznym parkiem narodowym.

Jednak Salgado do fotografii powrócił. Bez wiary, że pomoże ludziom, ale z niesłabnącą nadzieją, że pomoże światu. Pokazując nie – jak dotychczas – to, co złe, ale to, co piękne. Cykl „Genesis” przygotowywał 10 lat i jest to wielki, epicko-poetycki hołd złożony naturze. Jej potędze, pięknu, wartości. Zaklętej w krajobrazach, roślinach, zwierzętach. Ale także społecznościom, zagubionym na obrzeżach cywilizacji plemionom, którzy do dziś żyją zgodnie z pulsem bijącym w przyrodzie. Po jego zamknięciu autor mówił: „zrozumiałem, że jestem przyrodą, dokładnie tak, jak żółw czy drzewo. Albo kamień”. I od odbiorcy oczekuje, że nie tylko zgodzi się z tą opinią, ale że poczuje to samo.

Salgado, choć nie miał artystycznego wykształcenia, jest w swoim fachu perfekcjonistą. Trudno znaleźć fotografa, który tak świetnie panuje nad warsztatem. Intuicyjnie przestrzegał reguły „złotego podziału”, dzięki czemu uwaga odbiorcy skupia się dokładnie na tym, na czym zależało autorowi. Z czarno-białych fotografii potrafił wydobyć niewiarygodnie szeroką paletę szarości, kadry są starannie zaplanowane, nie ma w nich żadnej przypadkowości, żadnych niepotrzebnych elementów. Gdy trzeba, koncentruje się na detalu, gdy trzeba – na średnim lub szerokim planie. Multiplikuje motywy (tysiące ludzi w kopalni, wielkie stada przeprawiających się przez rzekę antylop lub wędrujących po zamarzniętej rzece reniferów), by podkreślić skalę zjawiska. Bezbłędnie buduje napięcie między pierwszym a drugim planem, między bohaterem a tłem. Odnosi się wrażenie, jak gdyby każdą kolejną pracę Salgado chciał uczynić symbolem problemu, manifestacją własnych poglądów, kwintesencją przemyśleń i uczuć.

Ten perfekcjonizm połączony z charakterem oraz skalą zawodowych wyzwań zachwycał i sprawił, że Salgado stał się najjaśniejszą gwiazdą światowej fotografii reportażowo-artystycznej. Ale, paradoksalnie, stał się także obiektem krytyki.

Krytyka Salgado

Wraz z każdym kolejnym wyjazdem, albumem, wystawą, pojawiały się kolejne głosy stawiające artystę pod pręgierzem. Zarzuty były zazwyczaj dwojakiej natury. Po pierwsze, etyczne. A mianowicie, że Salgado zarabia (i to niemało), fotografując cierpienie, okrucieństwo, przemoc, co wydaje się procederem niegodnym twórcy. Nie powinno się bowiem bogacić na czyimś nieszczęściu. Po drugie, artystyczne, wskazujące, że estetyzując w swych pracach ludzkie tragedie, Salgado niejako je odrealnia, rozbraja z rozpaczy czy wręcz odczłowiecza. Taki zarzut stawiała mu m.in. sama Susan Sontag. I te pretensje o nadmierne estetyzowanie powróciły przy projekcie „Genesis”. Tym razem krytykujący mieli mu za złe, że idealizuje naturę i zgodne z nią życie (pokazując plemiona pierwotne, funkcjonujące z dala od cywilizacji). Wytykano, że szerzy iluzje i posługuje się umiejętnie spreparowanymi utopijnymi stereotypami, ale czyni to tak przekonująco, że wysyła odbiorcę na manowce prawdy.

Cała ta dyskusja nie osłabia jednak siły oddziaływania dzieła Salgado. Zaś „Sól ziemi” ową siłę umiejętnie pokazuje. Wbrew linearnej narracji jest to film wielowątkowy. Z jednej strony o człowieku. O tym, jak daleko może zaprowadzić pasja, wytrwałość, determinacja, zaprawione sporą dawką empatii, wrażliwości i talentu oraz szczyptą wyrafinowania. Z drugiej strony, to opowieść o fotografii. O jej przenikaniu się ze sztuką, naturą, ludzkim życiem. O jej sile i bezsilności wobec różnych problemów, z którymi się mierzy. O jej dosłowności i iluzoryczności zarazem.

Ale ten film to także metaforyczna opowieść, snuta z perspektywy czarno-białych zdjęć, o tym wszystkim, co uwiera sumienie i co zazwyczaj wypieramy ze świadomości: upodleniu jednych ludzi przez drugich, chciwości, dramatycznej walce o przetrwanie, irracjonalnej nienawiści, głodzie, wojnach. Życiem Salgado trudno się nie fascynować. Rzeczywistością, którą utrwalił w odbitkach, trudno się nie przejąć. Ten film to duchowe wsparcie dla każdego, kto nie chce poddać się postępującej prymitywizacji wszystkiego dookoła.

***

Dokument „Sól ziemi” Wima Wendersa i Juliano Ribeiro Salgado, pokazywany na festiwalu Millennium Docs Against Gravity, będzie można kupić z następnym wydaniem POLITYKI. W kioskach od 19 października.

Polityka 42.2016 (3081) z dnia 11.10.2016; Kultura; s. 88
Oryginalny tytuł tekstu: "Kolory szarości"
Reklama

Czytaj także

Klasyki Polityki

Jak dzieci odczuwają i rozumieją ból?

Jeszcze na początku lat 80. uważano, że noworodki w ogóle nie odczuwają bólu! A ponieważ nie potrafią werbalnie wyrazić tego, co czują, nie dbano o ich komfort w szpitalach.

Paweł Walewski
08.08.1998
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną