Jeden z członków brygad śmierci, które w latach 1965–66 zajmowały się likwidowaniem przeciwników wojskowego reżimu w Indonezji, nerwowo wierci się w fotelu, potem wstaje i ze śmiechem prezentuje przed kamerą, jak dusił swoją ofiarę. „Wywalił język na zewnątrz. Rozprułem go. Jelita wypadły na zewnątrz. A takiego innego rzuciłem na ziemię. Uderzył głową w kamień. Pękła mu czaszka. Próbował ręką utrzymać ją w jednym kawałku”. Nagranie ogląda w milczeniu Adi Rukuna, brat Ramliego, zakatowanej ofiary. Sąsiad zbrodniarza.
Krwawy system
Pół wieku temu legalnie wybrany indonezyjski rząd został obalony przez juntę generała Suharto. Pod pretekstem pozbycia się komunistów wymordowano ponad milion niewinnych osób arbitralnie uznanych za wrogów: przywódców związkowych, rolników bez ziemi, intelektualistów, artystów oraz ich rodziny. Mordom towarzyszyły grabieże, gwałty, tortury. Relacjonując ówczesne wydarzenia, amerykański dziennikarz telewizyjnej stacji NBC News nazwał tę niewiarygodną falę przemocy historycznym wyczynem, „największą porażką komunizmu w skali świata”.
Sprawcy rzezi uchodzą dziś za wielkich patriotów. Opływają w luksusy, piastują ważne funkcje społeczne, utrzymują się u władzy. Nigdy nie zostali pociągnięci do odpowiedzialności. Od dziesiątków lat chełpią się zbrodniami, są traktowani w mediach jak celebryci, z opowieści o zadawanym cierpieniu uczynili coś w rodzaju świeckiej religii. Okrucieństwo to w ich oczach synonim odwagi, honoru, wyjątkowości, która legitymizuje krwawy system bezczelnie nazywany przez nich demokracją.
Amerykański dokumentalista Joshua Oppenheimer spędził w Indonezji wiele lat. Jednego z poznanych morderców, Anwara Congo, uczynił bohaterem „Sceny zbrodni” – nominowanego do Oscara dokumentu poświęconego ludobójcom.