Macho Biff
A więc wojna.

Z tym, co tworzy podstawę demokracji i wartości humanistycznych. Z tym, co wydawało się podwaliną Stanów Zjednoczonych. Tolerancja, dialog i wsparcie brzmią jak zły żart, jak gadanina hipisów, którzy pomylili czasy, w których żyjemy. Też czujecie wojnę w kościach, też was strzyka w stawach za każdym razem, kiedy słyszycie słowa Donalda Trumpa? „Nie ma zgody na islam, mur na granicy z Meksykiem to jedyne rozwiązanie, mogę mieć każdą, którą zechcę” i inne zdania wbijające się w serce tych, dla których Powszechna Deklaracja Praw Człowieka jest niczym Pismo Święte. Nie przesadzamy, nas to boli.

Pomarańczowy Pajac, nienawidzący kobiet, muzułmanów i biedaków, został wybrany przez Amerykanów na ich przywódcę. Paradne! W kraju, gdzie właściwie wszyscy są imigrantami, a „rdzenni” żyją w rezerwatach, taka retoryka została uznana za cudowne remedium na kryzys gospodarczy i kulturowy. Tam by się przydała zbiorowa kozetka do zanalizowania fenomenu popularności chama i mizogina.

Jest taka futurystyczna wizja w filmie „Powrót do przyszłości 2”: główny bohater trafia do Ameryki rządzonej przez dawnego klasowego bully, prostaka i sadystę, który gnębił słabszych od siebie. Teraz ów typ o imieniu Biff (po angielsku „szturchaniec”) stoi na czele państwa. A państwo wygląda tak: każdy dom otoczony jest wysokim płotem lub murem, wszędzie kłódki, zamki, zasieki i zapory, pilnujące domostwa agresywne psy. Ale najbardziej niebezpieczne „psy” biegają luzem po ulicach – to tyrani na podobieństwo rządzącego – mięśniaki udekorowane tatuażami, nietwarzowym zarostem, jakimiś bandanami z insygniami władzy, niepokojąco podobnymi do swastyk. Krążą po zdemolowanych ulicach w wielkich samochodach, na masywnych motorach. Z kałasznikowami w łapskach terroryzują mieszkańców. Policji nie ma, bo jest nierentowna. Biff, naczelnik tego bajzlu, jest tzw. biznesmenem, bierze się tylko za to, co może przynieść dochód lub dać się zrabować. Jest szefem sadystów.

Jaka była rola kobiety w filmowym świecie Biffa? Niewolnica, upokarzana, pomiatana, do posług, w tym seksualnych. Bez prawa głosu, musiała seksownie wyglądać i być ozdobą maczomęża. Więzi międzyludzkie? Jak w dzikim stadzie, kto ma mocniejsze kły, ten wygrywa. Dialog? Oni w ogóle nie umieli mówić. Warczeli, szczekali, szczerzyli zębiska. Mieszkali w niegustownych pałacach i żarli się o to, kto ma większego. Z tego świata bohater filmu ucieka. My nie możemy.

Kino w roli wieszcza, tak się często zdarza. Obudziliśmy się w rzeczywistości Trumpa. A wszelkiej maści frustraci triumfują: o, wreszcie jest ktoś, kto po męsku załatwi sprawę z tymi ciapatymi, babami i pedałami. Bo z nimi trzeba ostro. Inaczej wejdą nam na głowę. Nam, czyli jedynie prawdziwym Amerykanom, soli tej ziemi, fladze powiewającej na wietrze w rytm strzałów z Wietnamu. Fantazmat rednecka opiera się na pragnieniu bycia w ciągłej opozycji. Imponuje mu ktoś, kto rąbnie pięścią w stół i powie: „Nie”.

Macho zaraza, przez którą przeszły Włochy ze swym królem Berlusconim i z którą zmaga się Rosja, właśnie dotarła do Stanów. Klasyczny, tępo ciosany seksizm nie jest już nawet tematem do genderowych analiz, bo jego powtarzalność i rutynowe wypełnianie patriarchalnych zasad znudziłyby najpilniejszą studentkę. To jak z jednym z naszych ulubionych transparentów w czasie Czarnego Protestu. Trzymały go młode kobiety. Napisane było na nim: „K**, serio?”. Serio kolejny raz to samo? Ludzie, ile można lgnąć do wizji silnego Biffa-tyrana, mając nadzieję, że będzie się tak samo bogatym i bezczelnym jak on?

I tu zła wiadomość: Biff nie jest silny. On i jego naśladowcy to brzydkie, starzejące się typy, które nieefektownie zapisują się na kartach historii. Są karykaturą samych siebie. Jeśli dobrze poobserwować, zwykle nie są w związkach, a jeśli, to prezentują światu żony trofea i stada miss Oregon czy Ohio. Prawda jest taka, że śmiertelnie boją się kobiet. Ze strachu straszliwie nimi pomiatają.

Klasyczny mechanizm władzy tworzy mizoginię. Pamiętacie Andrzeja Leppera i Anetę Krawczyk? Ta afera sprzed lat dokładnie pokazała, że niezależnie od kontynentu bogaty lub o wysokiej pozycji społecznej facet uważa, że może w naszej kulturze mieć niewolnicę. Bo tak. Bo czemu nie? Imponowanie trofeum jest elementem gry o pozycję w społeczeństwie i, jak pokazały właśnie wybory w Ameryce, gra ta trwa od stuleci i wydaje się nie kończyć. Do czasu. Bo druga zła wiadomość jest taka, że jednej rzeczy ci „mocarze” nie przeskoczą – upływu czasu.

Matka Natura tak świat urządziła, że jedne pokolenia odchodzą, a w ich miejsce przychodzą kolejne. Te nadchodzące – a są tuż, tuż – głosowały miażdżącą większością przeciw Brexitowi i przeciw Trumpowi. Mądrzy, otwarci, wychowani przez sensownych rodziców głosowali przeciw Biffom tego świata. Za chwilę dojdą do władzy, jak premier Kanady. Wyleją starych tyranów na bruk, a wtedy nic tym ostatnim nie pomoże – nawet najgłupsze z kobiet nie podadzą im pomocnej dłoni. Mówi się o prawicowym i konserwatywnym skręcie młodzieży, ale należy mieć na uwadze skalę takich zmian.

Gatunek Biffów zaspokaja dziś potrzebę wizji świata biało-czarnego. Wśród tych, których przeraża złożoność rzeczywistości i konieczność samodzielnego myślenia, znajdują się nie tylko prostacy czy tyrani, ale i ich ofiary. Nie ma co z nich kpić. I choć po wyborach prezydenckich (a także parlamentarnych w naszym kraju) chce się wyjść na dach i krzyczeć: „Czemu?!”, to warto mieć w pamięci słowa Hillary Clinton, która w przemówieniu po przegranej powiedziała, że trzeba bronić takich wartości, jak brak dyskryminacji, rządy prawa i równości wobec prawa. Swoje słowa skierowała również do kobiet. Zaapelowała o wiarę we własne marzenia i przekonanie o swojej wartości. Przy seksistowskim Trumpie przekonanie to trzeba będzie chyba powtarzać codziennie niczym mantrę. Oby starczyło nam do tego cierpliwości.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną