Reżyser Paul Verhoeven o swoim najnowszym filmie „Elle”

Gwałt na konwencji
Rozmowa z holenderskim reżyserem Paulem Verhoevenem – autorem dramatu psychologicznego „Elle” – o przemocy seksualnej, perwersji i Jezusie.
„Elle” – dramat psychologiczny, ekranizacja powieści Philippe'a Dijana „Och...” z Isabelle Huppert i Laurentem Laffitte w rolach głównych
Guy Ferrandis/Sony Pictures Classics/Everett

„Elle” – dramat psychologiczny, ekranizacja powieści Philippe'a Dijana „Och...” z Isabelle Huppert i Laurentem Laffitte w rolach głównych

Isabelle Huppert i Paul Verhoeven na tegorocznej ceremonii rozdania Złotych Globów, 8 stycznia 2017 r.
MEGA/Forum

Isabelle Huppert i Paul Verhoeven na tegorocznej ceremonii rozdania Złotych Globów, 8 stycznia 2017 r.

Paul Verhoeven
Janusz Wróblewski/Polityka

Paul Verhoeven

Janusz Wróblewski: – Po „Żołnierzach kosmosu” czy „Nagim instynkcie”, które łamały granice hollywoodzkich gatunków, zrobił pan „Elle”. Najmroczniejszy, najbardziej prowokujący film w karierze. O gwałcie, w którym ofiara nie czuje się do końca ofiarą.
Paul Verhoeven: – Pomysł ekranizacji powieści Philippe’a Djiana „Oh...” wyszedł od producenta Saïda Ben Saïda, który współpracował wcześniej z Romanem Polańskim i Davidem Cronenbergiem. Naciskał, żebyśmy zrobili film w Ameryce, z Nicole Kidman. Gdy po dwóch miesiącach okazało się, że nie tylko ona, ale też inne gwiazdy nam odmówiły, zapadła decyzja, by nakręcić film we Francji – z Isabelle Huppert. Praca z nią była najbardziej inspirującym doświadczeniem w moim życiu. Jest wyjątkowo utalentowaną aktorką, odważną, nieuznającą żadnych reguł. Przyjęła propozycję bez mrugnięcia okiem, choć zadanie nie należało do najłatwiejszych. Miała zagrać córkę seryjnego mordercy, twardą bizneswoman, ofiarę przemocy uwikłaną w skomplikowane relacje seksualne. Nie robiliśmy wielu prób. Więcej rozmawialiśmy o kolorach sukienek, w jakich miała wystąpić, makijażu oraz o sposobie poruszania się niż o psychologii czy motywacjach i przeszłości tak złożonej postaci.

Huppert nie lubi, kiedy się jej zbyt wiele narzuca?
Nie, po prostu tego nie potrzebowała. Bez nazywania uczuć, tłumaczenia ich przyczyn wiedziała od samego początku, jak określić ton tej historii. Wybierała najlepsze z możliwych rozwiązań, zaskakiwała, dodając np. jedno słowo do dialogu, co wprowadzało sporą dawkę ironii.

Pracując z aktorami, zwykle staram się nie analizować strony psychologicznej. Podobnie jak Hitchcock wychodzę z założenia, że sama decyzja obsadowa w dużym stopniu określa charakter postaci, ponieważ widzowie przenoszą wiele cech lub emocji z wcześniejszych ról aktorów. Decydując się na Huppert, zdawałem sobie sprawę, że jest kojarzona głównie z „Pianistką”, zagrała też w „Miłości” Hanekego. Ten rodzaj komplikacji, uczuciowej oziębłości, niepokoju, który ona niesie, bardzo mi odpowiadał. Pamiętamy ją także z całkiem odmiennych dokonań. I właśnie takiej rozpiętości i głębi potrzebowałem.

Dlaczego bohaterka podejmuje sadomasochistyczną grę ze swoim oprawcą?
Gdy odkrywa, kto ją zgwałcił, film zaczyna podążać w całkiem innym kierunku, niż wszyscy się spodziewają. Zamiast szukać zemsty, ona wyciąga rękę do prześladowcy. Nie dyskutowaliśmy, co czuje i dlaczego tak postępuje. Wszystko, co robiła Huppert, było prawidłowe, często ciekawsze, niż sobie myślałem. Uważam, że żadna inna aktorka na świecie nie byłaby w stanie lepiej tego zagrać.

Jej zachowanie budzi zdziwienie.
Nierzadko stawia mi się zarzuty, że posuwam się za daleko. Przy dramacie „Spetters”, który wyreżyserowałem 37 lat temu w Holandii, oburzano się, że pokazuję brutalny, homoseksualny gwałt, który wyzwala. Zgwałcony chłopak odkrywa w sobie i akceptuje homoseksualizm. Nagonka z lewa i z prawa, a przede wszystkim środowisk LGBT, była tak wielka, że odmawiano mi pieniędzy na robienie dalszych filmów. Musiałem się wynieść z Europy. Do wyjazdu do Ameryki namówiła mnie żona. Nie znałem języka, ale jakoś sobie poradziliśmy.

Pańską specjalnością stało się prowokowanie. Pisano, że jest pan mizoginem, że na ekranie daje upust swoim frustracjom seksualnym. Podobno jeden z wpływowych producentów wyrzucił pana za drzwi, gdy zaproponował mu pan „Nagi instynkt”.
Nie szukam prowokacji na siłę. Filmuję to, co uważam za rzeczywistość. Ale wiele osób, w tym również krytyków, nie rozumie moich intencji. W „Żołnierzach z kosmosu”, widowisku science fiction opowiadającym o społeczeństwie zmierzającym w kierunku faszystowskiej antyutopii, niektóre ujęcia celowo zostały nakręcone w stylu „Triumfu woli” – propagandowego dokumentu Leni Riefenstahl z 1934 r., dziennikarze „Washington Post” odczytali aluzje na opak. Uznali, że jestem neonazistą wspierającym ruch. Tymczasem mnie chodziło o krytykę agresywnej polityki zagranicznej Ameryki, której skutkiem były m.in. zamachy 11 września. Dziś ten profetyzm widać wyraźniej, wtedy jednak mało kto brał go na serio.

Gdy zaczynałem reżyserską karierę w Holandii, chciałem mówić w pierwszej osobie. Fellini miał do tego Mastroianniego, Truffaut – Jean-Pierre’a Léauda. Moim filmowym alter ego stał się Rutger Hauer. W Hollywood o wyrażaniu siebie musiałem zapomnieć. Tam o wszystkim decyduje producent. Z gotowym scenariuszem przypisanym do gwiazdy przychodził i pytał, czy jestem tym zainteresowany. Jeśli nie, dawał to innemu reżyserowi.

Nie dziwi pana, że krytykowany kiedyś przez wszystkich „Showgirls” uchodzi dziś za dzieło niemal kultowe?
Jedyną pozytywną recenzję po premierze „Showgirls” napisał w „Cahiers du Cinema” Jacques Rivette, czołowy twórca nowej fali francuskiej. Dostrzegł, że seks jest w tym filmie metaforą kapitalizmu. A Las Vegas, gdzie rozgrywa się akcja – Ameryką w pigułce. Na ogół zarzucano mi, że pokazuję za dużo nagich biustów. Według mnie publiczność kierowała wzrok zbyt nisko.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną