Cannes 2017: Pytania o sens sztuki i rewolucyjne wrzenie

Wolfgang Amadeusz Godard
Coraz gorętsza atmosfera przynosi coraz ciekawsze propozycje. W Cannes czuć rewolucyjne wrzenie. W niedzielę wieczorem pokazano „Człowieka z żelaza” w obecności Lecha Wałęsy i Krystyny Jandy.
Kadr z filmu „The Squere”
mat. pr.

Kadr z filmu „The Squere”

Kadr z filmu „Le Redoutable”
mat. pr.

Kadr z filmu „Le Redoutable”

Ceną wolności w sztuce jest coraz większa trudność zdefiniowania, co tą sztuką jest, jakim wartościom społecznym ma ona służyć i jaką rolę odgrywa w tym PR. W błyskotliwej szwedzkiej komedii satyrycznej „The Square” kurator sztokholmskiego muzeum wyznacza sobie ambitny cel przygotowania przyjaznej wystawy, która pomoże widzom zbadać i zrozumieć relacje łączące Szwedów z otoczeniem. „Ciekawi mnie na przykład, czy jeśli umieszczę torebkę w galerii, to jak będzie ona postrzegana” – zastanawia się w telewizyjnym wywiadzie.

Całkiem niedawno hiszpański artysta Maurizio Cattelan, wstawiając do prestiżowego, nowojorskiego Muzeum Guggenheima 18-karatową ubikację podłączoną do kanalizacji i gotową do użycia, twierdził, że to jego komentarz do współczesnego konsumpcjonizmu. Ocenić niełatwo – wiadomo, że granice artyzmu określa dziś społeczny kontekst, a nie samo dzieło.

Szwedzki twórca Ruben Ostlund („Force Majeure”), autor doskonale przyjętego w Cannes „The Square”, cały swój film oparł na takich paradoksach. Fabułę tworzą nieustanne happeningi, w których wykonawcy sprytnie zacierają granice między spontanicznością, naturalnością a manipulacją. Obserwatorzy wiecznie się w tym gubią, gdyż nie potrafią się połapać, kiedy promocja (akcja) oparta na prowokacji się kończy i jak należałoby zareagować, żeby nie wyjść na głupca. Pięknie ilustruje to scena pałacowego przyjęcia dla miejscowej elity. Atrakcją wieczoru przygotowaną przez kuratora jest występ półnagiego, umięśnionego rosyjskiego cyrkowca, udającego agresywnego goryla. Goście zostali uprzedzeni, co będą oglądać, a jeśli poczują się niekomfortowo – jak mają się zachować. Jednak iluzja jest zbyt wielka, cierpliwość wystawiona na taką próbę, że część widzów nie wytrzymuje i żąda przerwania eksperymentu, obawiając się o swoje życie. Sam kurator, o ironio, też pada ofiarą tej mistyfikacji.

Zmuszając bohaterów do wychodzenia ze swoich ról, każąc im uczestniczyć w zaskakujących wydarzeniach wymagających od nich nieszablonowych reakcji, reżyser osiąga swój cel. Obnaża kruche zasady funkcjonowania współczesnej kultury w egalitarnej Skandynawii, gdzie syte i bogate społeczeństwo myli tolerancję z uległością oraz demokrację z marketingiem. Regionu właściwie ciągle balansującego na granicy nierealności, bo nawet niegroźne przerywanie konferencji prasowej czy niewinne pójście z kimś do łóżka może być odczytane jako akt naruszenia praw człowieka.

Wyglądający jak zbiór superinteligentnych skeczy „The Square” bawi na podobnej zasadzie co „Słodkie życie” czy „Wielkie piękno”.

Lewak Godard w jadowitej francuskiej komedii

Jako zabawną puentę filmu Szweda można było potraktować pokaz szumnie reklamowanej komedii „Le Redoutable” Michela Hazanaviciusa o legendarnym ojcu francuskiej nowej fali, najinteligentniejszym w środowisku filmowców erudycie, Jean-Luc Godardzie. Przed seansem gruchnęła wieść, że na sali ktoś podłożył bombę. Przeszło pół godziny tłum ściśniętych dziennikarzy czekał w napięciu na wyjaśnienie zdarzenia. Żartowano, że sprawcą incydentu jest niezadowolony Godard, który wszelkimi sposobami stara się nie dopuścić do projekcji. Ładunku jednak nie znaleziono.

Godard rzeczywiście miał się czego obawiać, bo podzielony na kilka części film (pierwszy rozdział zatytułowany ironicznie „Wolfgang Amadeusz Godard”) jest jadowitym, lecz podlanym ciepłym humorem pamfletem na radykalizację ideologiczną reżysera, która miała miejsce po premierze „Chinki” w 1967 r. Wtedy też 37-letni autor „Do utraty tchu” nawiązał romans z nastoletnią aktorką Anne Wiazemsky, zakończony ich nieudanym małżeństwem.

Fantastycznie grany przez Louisa Garrela Godard zostaje ukazany jako zaślepiony maoistowski marksista, którego diagnozy społeczne oraz poglądy są niedojrzałe, nieprzemyślane i zwyczajnie głupie. Rewolucyjna sztuka tworzona w założonej przez niego grupie o nazwie Dżiga Wiertow okazuje się nic niewartą propagandową agitką polityczną. Głoszone publicznie hasła, by doprowadzić do drugiego Wietnamu, czyli do przeniesienia zbrojnego konfliktu do Francji, przerażającą ignorancją.

Jeszcze gorzej Godard prezentuje się w życiu prywatnym. Narcystyczny, nieczuły, oziębły hipokryta, bełkoczący o konieczności poświęcenia miłości na rzecz działalności rewolucyjnej. Film strąca go bezlitośnie z piedestału, co Francuzi przełknęli z bólem, trudno im się w końcu dziwić. Dla kinomanów z naszej części Europy, dla których to balsamowanie od pół wieku lewaka Godarda na świętego mogło budzić od początku wątpliwości, film przynosi ulgę. Wreszcie pokazano go w sposób, na jaki zasługuje.

Aktualności, komentarze

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną