Niepublikowane fragmenty nowego dziennika Jerzego Pilcha

Trzeci dziennik Pilcha
Drukujemy – do tej pory jeszcze nigdzie niepublikowane – obszerne fragmenty najnowszego dziennika Jerzego Pilcha. To wyjątkowa lektura.
Jerzy Pilch
Leszek Zych/Polityka

Jerzy Pilch

Nowy tom dzienników Jerzego Pilcha ukaże się jesienią 2018 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego.
Leszek Zych/Polityka

Nowy tom dzienników Jerzego Pilcha ukaże się jesienią 2018 r. nakładem Wydawnictwa Literackiego.

7 maja, niedziela

Nigdy nie byłem tak stary, nigdy nie byłem tak chory, nigdy nie zabierałem się do pisania z tak ściśniętym sercem i nigdy serce moje nie było tak wezbrane nadzieją. O tym, że fraza „serce wezbrane nadzieją” (i inne tego typu frazy) była mi dotąd z gruntu obca, nawet nie wspominam. Człowiek zmienia poglądy – pisarz zmienia styl. Od tygodnia siedzę w Wiśle i borykam się z tutejszymi żywiołami: majowym zimnem, psimi szczynami i matczyną głuchotą. Maj, początek maja jest zimny w całej Polsce, jednakowoż w Wiśle Parteczniku szczególnie; znam to zimno i wy także je znacie. Jak idzie o psie szczyny, to owszem kundle – zwłaszcza ten głupszy – leją, gdzie popadnie. Jak idzie o głuchotę, to przez telefon matula słyszy dobrze, jestem do telefonicznego kontaktu przyzwyczajony, dzwonię do niej z Warszawy praktycznie codziennie, teraz, jak wreszcie możemy pogawędzić face to face, jest mniej wyraźnie. Aparat słuchowy? Tu sprawa nieco się komplikuje, tu może nieśmiertelnego argumentu genetycznego należy użyć. Matka mojej matki głucha była jak pień. Jak umarła, w szufladzie znaleźliśmy cztery kosztowne aparaty słuchowe najnowszej ówczesnej generacji. Babka nie używała, bo nie pasowało. Matka nie używa, bo nie pasuje. Doskonale to rozumiem. Ale fakt faktem: rozmowa się nie klei. Tym bardziej że psy, a zwłaszcza ten głupszy, lubią się swoim nieumiarkowanym szczekaniem do rzeczy wtrącić. Jak cicho, to spokój, jak gwar, to łomot. W sumie jest tak, jak zawsze, i tu, i na dole, w starym domu bywało, jest tak, jak zawsze w tej rodzinie bywało; nie ma rozmowy, są strzeliste monologi, często polityczne, matka w przeciwieństwie do mnie śledzi sytuację, trzyma rękę na pulsie i swojej – mówiąc oględnie – niechęci do PiS-u daje wyraz pełny i malowniczy. Co więcej, „politykę” zdaje się słyszeć doskonale, puściłem jej „Ucho prezesa” – akurat padło na odcinek o nieco słabszej ścieżce dźwiękowej – i jakby na takie sprawy miała specjalnie nastawione anteny, usłyszała wszystko i dawaj monologami komentować.

Ja monologuję zdecydowanie mniej, by nie rzec w ogóle, o polityce do powiedzenia mam mało, tu dopiero z wolna się wdrażam, na inne tematy milczę skrupulatnie i składnie – doprawdy muszę uważać, za dużo i zbyt ważnych rzeczy mam tym razem do ukrycia. Swoją drogą ciekawe – przez tydzień nie zauważyła srebrnej obrączki, co dość widocznie lśni na moim palcu. Zauważyła i nie zareagowała? Wykluczone. Co jak co, ale jakakolwiek forma dyskrecji jest tej kobiecie z gruntu obca, zauważenie czegoś i zachowanie tego spostrzeżenia dla siebie w ogóle nie wchodzi w grę. Reakcja zawsze jest natychmiastowa i gwałtowna.

Późniejszym zmierzchem wychodzę na rytualny spacer, z daleka w ciemniejącej perspektywie drogi na Partecznik widzę charakterystyczną chybotliwą sylwetkę. Pan T! Nie widziałem go chyba lata całe, ale jemu nie w głowie powitalne pustoty. Jak zwykle zajmują go sprawy najwyższej wagi, jak zwykle zdawkowość form nie ciekawi go wcale.

– I co powiesz, Jerzyku? Co ty na to wszystko powiesz?

– A konkretnie na co?

– Jak to na co? Na wybory prezydenckie we Francji, dziś nic ważniejszego nie ma.

– Dziś nie, ale jutro gra Cracovia...

– Daj pokój, Jerzyku – pan T nie kryje zniecierpliwienia – wiesz doskonale, że nie jestem kibicem. Cracovia swój fatalizm zawdzięcza strojom w pasy, to jest bardzo zgubna i złowroga tradycja.

– Kluby włoskie, hiszpańskie, cała Ameryka Południowa grają w pasiakach i jakoś im to nie przeszkadza.

– Ale nie będziemy teraz o strojach piłkarskich dyskutować! Macron wygrał! – pan T niemal jęknął z tragizmem i boleśnie zwiesił głowę.

– To chyba dobrze?

– A co ty widzisz w tym dobrego?

– No populistka, nacjonalistka, a może jeszcze gorzej, przegrała.

– Gerontofil, a może jeszcze gorzej, wygrał.

– Co pan za brednie wygaduje?

– Spokojnie, Jerzyku, nie ma się co denerwować, obaj wiemy, jak jest; małżonka prezydenta Francji jest odeń, lekko licząc, ćwierć wieku starsza, była jego nauczycielką, co więcej jej córka z pierwszego małżeństwa chodziła z nim do klasy.

– A co to ma do rzeczy? Prywatne sprawy...

– Niestety, tak się składa, że prezydent Francji, a szczerze mówiąc jakikolwiek prezydent jakiegokolwiek państwa, nie ma spraw prywatnych. Jak ma, to na ogół źle rokuje. Ty sobie wyobrażasz coś takiego u nas?

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną