Nasi artyści w École de Paris

Polska szkoła paryska
W Katowicach i w Sopocie obejrzeć można wystawy przypominające jedno z ciekawszych zjawisk w sztuce XX w., czyli tzw. szkołę paryską, w której niemały udział mieli artyści z Polski.
Dawid Garfinkiel, „Kawiarnia du Dome na Montparnasse”
Marcin Koniak/Villa la Fleur

Dawid Garfinkiel, „Kawiarnia du Dome na Montparnasse”

Tamara Łempicka, „La Polonaise”, ok. 1933 r.
Marcin Koniak/Villa la Fleur

Tamara Łempicka, „La Polonaise”, ok. 1933 r.

Henryk Epstein, „Zakątek na Montparnasse” (Passage Dantzig), 1916-18
Kolekcja Marka Roeflera /Villa la Fleur/Marcin Koniak/archiwum Villa la Fleur

Henryk Epstein, „Zakątek na Montparnasse” (Passage Dantzig), 1916-18

Ossip Zadkine, „Intymność”, 1949 r.
Ernest Winczyk/Villa la Fleur

Ossip Zadkine, „Intymność”, 1949 r.

Henryk Hayden, „Pejzaż”, 1920 r.
Villa la Fleur

Henryk Hayden, „Pejzaż”, 1920 r.

Hanna Rudzka-Cybisowa, „Nad Sekwaną”, 1933 r.
Kolekcja Grażyny i Jacka Łozowskich/Tomasz Gąsior

Hanna Rudzka-Cybisowa, „Nad Sekwaną”, 1933 r.

Eugeniusz Zak, „Rozstanie”, 1924 r.
Villa la Fleur

Eugeniusz Zak, „Rozstanie”, 1924 r.

Jacques Gotko, „Rzeka w lesie”, 1925 r.
Marcin Koniak/Villa la Fleur

Jacques Gotko, „Rzeka w lesie”, 1925 r.

Z punktu widzenia triumfującej w XX w. awangardy szkoła paryska nie wydaje się zbyt ciekawa. Owszem, jej uczestnicy pożytkowali dokonania przeróżnych nowoczesnych nurtów w sztuce, ale z daleka omijali abstrakcję, o eksperymentach spod znaku Duchampa i dadaistów nawet nie wspominając. Z pewnością nie należeli do tych, którzy wymyślali coś, czego jeszcze nie wymyślono. Raczej uczciwie odrabiali lekcje z tego, co zaproponowali nieodlegli w czasie prekursorzy.

Pomimo różnorodnych stylistyk było jednak coś, co ich łączyło. Jean-Paul Crespelle w książce „Montparnasse w latach 1905–1930” pisze: „nosili na sobie piętno barokowego ekspresjonizmu i melancholii właściwej żydowskiej duszy”, przypominając przy okazji, że zdecydowana większość spośród nich wywodziła się właśnie z żydowskich środowisk Wilna, Mińska, Kijowa, Moskwy czy Krakowa. Jeden z tych artystów, Alfred Aberdam, definiując wspólnotę szkoły paryskiej, pisał z kolei o „tęsknocie za wyzwoleniem i wiecznym niepokoju ducha, szukającego wciąż nowych wcieleń artystycznych”. I rzeczywiście, trudno uciec od nostalgii, oglądając płótna i rzeźby spod znaku École de Paris. Twarze na portretach rzadko roześmiane, pejzaże jakieś utęsknione i nawet w martwych naturach więcej chandry niż witalności.

Kolonia artystyczna

Można o nich powiedzieć, że byli umiarkowanie postępowi. Dlaczego więc zasługują na pamięć i uwagę? Stanowili osobliwy fenomen społeczny; bodaj po raz pierwszy w historii tak wielka fala twórców w tak krótkim czasie napłynęła w jedno miejsce, tworząc tam wyrazistą kolonię artystyczną. Poza tym byli ostatnimi, którzy podtrzymali mit Paryża jako stolicy światowej sztuki. Po nich była już tylko druga wojna światowa, po której zakończeniu okazało się, że stolica leży już za Atlantykiem, na Manhattanie i w jego okolicach, co tak ciekawie opisał swego czasu Serge Guilbaut w książce „Jak Nowy Jork ukradł ideę sztuki nowoczesnej”. Można więc powiedzieć, że szkoła paryska zwieńczyła epokę artystycznego triumfu miasta, epokę, którą ponad wiek wcześniej rozpoczęli neoromantycy, a utrwalali kolejno realiści, impresjoniści, a w końcu postimpresjoniści.

Zanim jednak pojawiła się szkoła paryska, zaistniał – niejako zapowiadający ją – fenomen Montmartre’u. Bodaj pierwszej tak znaczącej kolonii artystycznej w Paryżu, skupionej wokół pracowni w Bateau-Lavoir, bistro Lapin-Agile czy wzdłuż ulicy Corot. Miejsca, w których wykluwały się w pierwszej dekadzie XX w. fowizm i kubizm, pojawiali się pierwsi twórcy z zagranicy oraz narodził się fenomen Pabla Picassa, który spędził tam pięć lat swego życia (1904–09).

Ze szkołą paryską wiąże się jednak legenda innej dzielnicy Paryża – Montparnasse’u. Pojedynczy twórcy zasiedlali ją już wcześniej. Parokrotnie przemieszkiwał tu Gauguin, a na dłużej osiadł Henri Rousseau i wielu innych. W 1898 r., po przeprowadzce do Paryża, tam swoje miejsce aż do końca życia znalazła Olga Boznańska. Ale na dobrą sprawę Montparnasse rozkwitł sztuką około 1910 r. Pierwszym magnesem dla artystów okazał się La Ruche (Ul), rodzaj przytuliska dla twórców młodych i raczej biednych. Wymyślił go i sfinansował (adaptując zabudowania projektu samego Eiffela pozostałe po zamkniętych targach Expo) Alfred Boucher, artysta spełniony i zamożny. W szczytowym momencie mieszkało tam i pracowało nawet 150 twórców, a wśród nich tacy herosi historii sztuki XX w., jak Modigliani, Soutine, Léger, Zadkine czy Chagal. Drugim magnesem była przeprowadzka do tej dzielnicy Picassa, który już wówczas wyznaczał trendy i stanowił wzór do naśladowania. „W 1910 rzecz była już rozstrzygnięta; nic nie przemawiało za Montmartre’em, awangardowi artyści opuścili to wzgórze i wszyscy spotkali się na Montparnasse” – pisał wspomniany Jean-Paul Crespelle.

Pierwsza wojna światowa tylko na kilka lat lekko hibernowała École de Paris i artystyczną legendę Montmartre’u, ale druga wojna ostatecznie przecięła jej żywot. Część artystów jej nie przeżyła (m.in. Louis Marcoussis i Chaim Soutine), inni wyemigrowali do Szwajcarii lub USA, by zazwyczaj osiąść tam na stałe. Światowa sztuka pogalopowała do przodu, a paryscy malarze, jeśli nawet przeżyli, stali się epigonami samych siebie. Dziś turyści tłumnie podążają na Montmartre, by szukać okruchów legendy malarzy z początku wieku, a Montparnasse znacznie rzadziej trafia na listę bedekerowych atrakcji – tymczasem legendarny La Ruche stoi po dziś dzień.

Życie artystyczne stolicy Francji ostatnio ożyło w Polsce za sprawą dwóch wystaw. Łączy je czas (pierwsza połowa XX w.) i miejsce (Paryż), ale też osoba kolekcjonera Marka Roeflera, którego fantastyczne zbiory całkowicie wypełniły ekspozycję w Sopocie i w znacznej części tę w Katowicach. Jednak wystawy różni punkt widzenia. W Państwowej Galerii Sztuki większy nacisk położono na przypomnienie Montparnasse’u i szkoły paryskiej, podczas gdy w Muzeum Śląskim – na obecność Polaków we Francji ogólnie, a w Paryżu w szczególności.

Napływali falami

Sopot kusi widzów wielkimi nazwiskami. Przede wszystkim Amadeo Modiglianim. Wprawdzie prace to dość skromne (rzeźba, dwie litografie i jeden rysunek ołówkiem), ale w charakterystycznym dla twórcy stylu, ponadto będące portretami ważnych w École de Paris Polaków: marchanda Leopolda Zborowskiego i malarza Szymona Mondzaina. Drugą gwiazdą wystawy jest Tamara Łempicka, reprezentowana aż sześcioma dziełami (obrazy olejne i litografie). Artystka ze szkołą paryską nie miała jednak żadnych związków: ani towarzyskich, ani tym bardziej artystycznych, uprawiała malarstwo będące manieryczną odmianą art déco. Listę sław dopełnia Ossip Zadkine efektowną rzeźbą „Intymność”. Mnie na tej krótkiej vipowskiej liście obecności najbardziej brakuje prac Chaima Soutine’a, najdramatyczniejszego z kręgu tych malarzy, choć jakaś reprezentacja dorobku Chagalla czy Pascina też by się przydała.

Poza tym mamy tu syntetyczny przegląd naszych na Montparnassie. Od liderów (Mela Muter, Eugeniusz Zak, Mose Kisling, Louis Marcoussis, Szymon Mondzain) po twórców mniej znanych, choć zadeklarowanych uczestników École de Paris (Henryk Epstein, Henryk Hayden czy Alicja Halicka). I bardzo ciekawy suplement w postaci prac żydowskich artystów z Europy Środkowo-Wschodniej), jak Isaac Antcher (Rosja), Adolphe Feder (Ukraina), Jacques Gotko (Białoruś), Bella Kadar (Węgry), a także prac Manuela Ortiza de Zárate, który do Paryża przyjechał aż z Chile.

W odróżnieniu od wystawy w Sopocie ekspozycja katowicka prezentuje wyjątkowo długą i historycznie uporządkowaną listę Polaków i polskich Żydów, którzy o Paryż choćby zahaczyli. Znacznie wykraczającą poza obszar Montparnasse’u i estetykę szkoły paryskiej. Mamy więc prace twórców przecierających we Francji szlaki, czyli Józefa Pankiewicza, który wraz z Władysławem Podkowińskim odbył legendarną dla polskiej sztuki podróż do Paryża w 1889 r. Oraz Władysława Ślewińskiego, który dotarł tam już rok wcześniej, ale zauroczony Gauguinem na siedem lat osiadł w Bretanii. Są trzy obrazy Olgi Boznańskiej mieszkającej na Montparnassie na kilka lat przed sprowadzeniem się tam Picassa wraz z całą towarzyszącą mu międzynarodówką artystyczną.

Sama École de Paris reprezentowana jest na wystawie ponad 40 nazwiskami, co z jednej strony może zaskakiwać mnogością, z drugiej jednak należy pamiętać, że – jak szacował prof. Jerzy Malinowski – „w pierwszej połowie XX wieku w Paryżu przebywało około 600 artystów z Polski”. Napływali falami. Na samym początku stulecia m.in. Bolesław Biegas, Louis Marcoussis czy Mela Muter. Później kolejni, m.in. Leopold Gottlib, Tadeusz Makowski czy Eugeniusz Zak. Symbolicznym domknięciem tej przedwojennej fali był wyjazd w 1924 r. do Paryża grupy studentów krakowskiej ASP, którzy stworzyli tzw. Komitet Paryski (stąd później zwano ich kapistami). Większość z nich po krótszym lub dłuższym pobycie nad Sekwaną wróciła do Polski, zaś spośród tych, którzy pozostali, najsilniej w historii polskiej sztuki zapisał się Józef Czapski. Na wystawie poza jego pracami prezentowane są jeszcze dzieła dwóch kapistów: Jana Cybisa oraz Zygmunta Waliszewskiego.

Kiki de Montparnasse

By uzyskać w miarę pełny obraz École de Paris, Polaków we Francji i klimatu Montparnasse’u, najlepiej obejrzeć obydwie wystawy. Na przykład ogródek legendarnej kawiarni Le Dôme oglądać możemy w Sopocie na rysunkach Moise Kislinga i André Salmona, zaś jej wnętrze w Katowicach na obrazie olejnym Dawida Garfinkiela. Klimaty paryskich małych uliczek z tamtych czasów odnajdziemy na obrazach dobrze reprezentowanego w obu ekspozycjach Nathana Grunsweiga, widok z pracowni na będący centrum dzielnicy Carrefour Vavin na płótnie Henryka Haydena (Sopot), zaś uroczy zaułek Montparnasse’u – na płótnie Henryka Epsteina (Katowice). Atrakcją obydwu wystaw są niewątpliwie portrety najsłynniejszej ówczesnej modelki i muzy artystów Kiki de Montparnasse. W Sopocie pokazano m.in. subtelny rysunek tuszem Kislinga, za to w Katowicach – okazały akt autorstwa Maurycego Międrzyckiego, który przez kilka lat był jej życiowym partnerem.

Malarstwo zgromadzone na obu wystawach zaskakuje różnorodnością kolorów, tematów, sposobów obrazowania, stylów. Jednak chyba jeszcze większym zaskoczeniem są pokazywane rzeźby. Nieliczne, ale niemal bez wyjątku ciekawe. Fantastyczne jest odkrywanie mało znanego w Polsce, kubizującego Jana Lamberta-Ruckiego, pokazywanego w obydwu miastach. Świetne są syntetyczne, ocierające się o abstrakcję brązy Augusta Zamoyskiego „Portret Louisa Marcoussisa” (Katowice) oraz „Ich dwoje” (Sopot). Do tego symboliczne rzeźby Bolesława Biegasa, klasycyzujące Henryka Kuny i Xawerego Dunikowskiego, jak i wspomniane prace Ossipa Zadkine’a i Modiglianiego.

Na początku lat 90. bardzo intensywnie promował w Polsce szkołę paryską Wojciech Fibak. Uświadomił, że tworzyli ją nie tylko powszechnie znani Zak, Makowski, Marcoussis czy Kisling. Fibak miał plan – po nakręceniu zainteresowania z sukcesem wyprzedał swoje bogate zbiory. Ale też zaszczepił u innych bakcyl kolekcjonowania sztuki polskich Żydów z Paryża. I dlatego dziś, poza imponującą kolekcją Marka Roeflera, mamy też ciekawe zbiory Małgorzaty i Piotra Giermaziaków, Urszuli i Piotra Hofmanów i innych. Dokumentację niezwykłej opowieści o zbiorowych artystycznych marzeniach, których spełnienie za życia dane było nielicznym.

***

Fleur de Paris, Państwowa Galeria Sztuki w Sopocie, wystawa czynna do 1 października.

Między Montmartre’em a Montparnasse’em, Muzeum Śląskie w Katowicach, wystawa czynna do 15 października.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną