Kultura

Frida z Wenus

Kahlo i Rivera w poznańskim Centrum Kultury Zamek

"Autoportret jako Tehuana (Diego w moich myślach)" Polityka
Frida Kahlo i Diego Rivera stanowili chyba najbardziej osobliwą parę w historii sztuki. A pokaz ich prac w poznańskim Centrum Kultury Zamek zapowiada się na najbardziej spektakularne wydarzenie wystawiennicze roku w kraju.
Dziś Kahlo jest taką samą gwiazdą, jaką jej mąż był w pierwszej połowie XX w. Symbolem sztuki meksykańskiej.Library of Congress/Wikipedia Dziś Kahlo jest taką samą gwiazdą, jaką jej mąż był w pierwszej połowie XX w. Symbolem sztuki meksykańskiej.
Frida Kahlo i Diego RiveraMartin Munkácsi Frida Kahlo i Diego Rivera

Artykuł w wersji audio

Pomysł, by obok siebie pokazać prace Kahlo i Rivery, wydaje się z jednej strony oczywisty, z drugiej – dość dziwaczny. Oczywisty, bo łączyło ich życie. Związek burzliwy i neurotyczny. Zapoczątkowany spotkaniem początkującej i zagubionej artystki ze słynnym już, starszym o 20 lat i bogatszym o dwa małżeństwa, twórcą. On ją notorycznie zdradzał, w tym z jej ukochaną siostrą. Ona także miewała romanse, w tym z goszczonym u nich w domu Lwem Trockim, słynnym fotografikiem Nickolasem Murayem czy z rzeźbiarzem Isamu Noguchim.

Wspólnie przeszli przez rozwód i ponowny ślub, przez wieloletnie zauroczenie komunizmem. To oczywiste, że bez Rivery nie byłoby Kahlo. I bynajmniej nie dlatego, że w jakiś istotny sposób pomógł jej w karierze, choć bijący od niego blask sławy z pewnością i ją nieco oświetlił. Raczej dlatego, że bez owego związku, bez towarzyszących mu gwałtownych emocji, ale i intelektualnych podniet zapewne nigdy nie powstałyby te wszystkie obrazy Fridy, którymi teraz zachwyca się świat.

Dziwaczność tego połączenia polega natomiast na tym, że jego sztuka była, mówiąc żartobliwie, z Marsa, a jej – z Wenus. On próbował różnych stylów i w każdym potrafił świetnie się znaleźć, z wielką swobodą warsztatową. Ona od początku do końca malowała podobnie, łącząc świat sztuki naiwnej i surrealizmu i nie przejmując się specjalnie faktem, że biegłość w posługiwaniu się pędzlem nie jest jej najsilniejszą stroną. On, zanurzony w polityce i ideologii, był przekonany, że za pomocą sztuki walczy o lepszy i bardziej sprawiedliwy świat. Swymi dziełami wyrażał (a przynajmniej tak mu się wydawało) nadzieje i pragnienia całych narodów. Ona zanurzona we własnych emocjach, marzeniach, problemach, walcząca o swój los, wyrażała co najwyżej osobiste nadzieje i pragnienia. „Maluję siebie, ponieważ jestem tematem, który znam najlepiej” – mówiła.

Kipi libido

Diego – dziecko szczęścia, materiał na geniusza, został studentem Narodowej Akademii Sztuk Pięknych w wieku 11 lat, by później na państwowych stypendiach przez długie lata rozwijać talenty i niespiesznie studiować w Paryżu i Madrycie dorobek europejskiej sztuki. Frida trafiła do malarstwa właściwie przypadkiem, gdy okazało się, że choroba uniemożliwi jej uprawianie wymarzonego zawodu lekarki. Nie podjęła żadnych artystycznych studiów; była samoukiem. Jest na wystawie moment, który najlepiej obrazuje, jak bardzo osobne światy reprezentowali. To portrety przyjaciółki rodziny Nataszy Gelman zamówione równocześnie u Diego i Fridy (nawiasem mówiąc, to właśnie z kolekcji Gelmanów pochodzi zdecydowana większość wystawionych w Poznaniu prac Kahlo). Jej obraz, mimo pozorów powierzchownej elegancji, zaskakuje psychologiczną uważnością. Jego to dzieło macho, u którego kipi libido, bezbłędnie posługującego się malarskim warsztatem i zawodowymi trikami.

Skonfrontowanie małżonków na jednej wystawie aż prosi się o to, by podumać przez chwilę nad ich karierami – tak za życia, jak i po śmierci. W pierwszej połowie XX w. Rivera był najbardziej znanym i cenionym w świecie artystą z Ameryki Południowej. Bardzo szybko zdobył sobie sławę niezrównanego muralisty, a zamówienia na monumentalne malowidła naścienne sypały się zarówno z Meksyku, jak i USA. Bywał na salonach i przyjmował u siebie największych intelektualistów i twórców epoki. Brylował, czarował, zbierał hołdy. W 1947 r. uhonorowano go podwójną wystawą w Muzeum Narodowym i w Pałacu Sztuk Pięknych w Mexico City, na której zgromadzono… 1200 jego dzieł.

Można powiedzieć, że z zawodowego punktu widzenia Frida była przy nim szarą myszką. Malowała głównie dla siebie, część obrazów rozdawała i cieszyła się, gdy któryś mogła sprzedać za kilkaset dolarów. Za życia miała zaledwie trzy indywidualne wystawy, w tym jedyną w Meksyku, na rok przed śmiercią. Gdy w 1939 r. zorganizowano jej w Paryżu, z pomocą André Bretona i Marcela Duchampa, wystawę, na wszelki wypadek dołożono sporo XIX-wiecznego meksykańskiego malarstwa oraz sztuki prekolumbijskiej, a nawet fotografii – jak gdyby same dzieła Kahlo miały się okazać zbyt słabym magnesem dla publiczności.

Co ciekawe, śmierć Fridy w 1954 r. niewiele zmieniła. Przez kolejne dziesięciolecia pozostawała znana przede wszystkim jako żona Rivery. Gdy w 1955 r. zorganizowano w warszawskiej Zachęcie wielką zbiorową wystawę sztuki meksykańskiej, na jedyny włączony do niej obraz Kahlo „Zraniony stół” nie zwrócił uwagi praktycznie żaden krytyk, mimo że była to imponująca symboliczna kompozycja i największe dzieło, jakie kiedykolwiek wyszło spod jej pędzla. Pierwsza, skromna, książka o Fridzie ukazała się na świecie 23 lata po jej śmierci, zaś naprawdę poważna biografia – w 1984 r. W 1978 r. zorganizowano pierwszą znaczącą retrospektywę jej dorobku (Muzeum Sztuki Nowoczesnej w Chicago). Od tego momentu zainteresowanie rosło, aż po zaanektowanie artystki przez kulturę masową filmem o jej życiu z Salmą Hayek w roli głównej (2002 r.).

Role się odwróciły

Dziś Kahlo jest taką samą gwiazdą, jaką jej mąż był w pierwszej połowie XX w. Symbolem sztuki meksykańskiej. Symbolem sztuki kobiecej. Ikoną feminizmu. Ulubienicą krytyków, faworytą publiczności, obiektem pożądania marszandów (jej obraz „Dwie nagie w lesie” sprzedany został przed rokiem za 8 mln dol.). W pewnym momencie kultura masowa łapczywie rzuciła się na artystów, którzy poza ciekawą sztuką mieli także ciekawe życiorysy, a ona do tego modelu pasowała jak ulał. Chyba tylko jeszcze jedna XX-wieczna artystka osiągnęła status tak – nie waham się użyć tego określenia – kultowy. To Georgia O’Keeffe, nawiasem mówiąc przez jakiś czas kochanka Fridy. O ile jednak Frida nie doczekała dni chwały, to Georgia dożyła ich z goryczą, widząc, jak świat szaleje na punkcie jej erotycznie kojarzonych wizerunków kwiatów, lekceważąc cały pozostały dorobek, czyli jakieś 90 proc. namalowanych przez nią prac. Co lepsze?

A boski Diego? Jego sztuka słabo wytrzymała próbę czasu. To, co kiedyś głównie stanowiło o jej uroku i magii przyciągania, czyli społeczne zaangażowanie, rozmach, ideowe uwikłania, z czasem stało się wartością niezręczną, a nawet wręcz niepożądaną. Z kolei Frida malująca własne smutki i przeżycia, zapatrzona w swoją duszę, tak kobieca i tak naturalna, okazała się znacznie bliższa współczesnemu widzowi, który łatwo się z nią identyfikuje, ale też odnajduje w jej obrazach cząstkę własnych emocji. Nic więc dziwnego, że i w Poznaniu gwiazda będzie tylko jedna.

Czy zgromadzone na wystawie prace meksykańskiej malarki stanowią odzwierciedlenie jej dorobku? Zacznijmy od uwagi, że Frida namalowała zaledwie ok. 160 obrazów, dziś w większości rozproszonych po muzeach i prywatnych kolekcjach, co sprawia, że zebranie ich większego zespołu w jednym miejscu i czasie jest zadaniem bardzo trudnym. Oczywiście zdarza się, jak w 2000 r. w berlińskim Martin Gropius Bau, że na retrospektywnej wystawie pokazano 63 obrazy olejne i blisko sto rysunków wypożyczonych z aż 45 różnych muzeów i kolekcji prywatnych. Ale już do słynnej galerii Tate Modern kilka lat później udało się pozyskać zaledwie 70 prac, włączając w to akwarele i rysunki.

Oczywiście każdy miłośnik sztuki Kahlo chciałby zobaczyć w jednym miejscu i czasie takie jej legendarne obrazy, jak „Pamięć”, „Sen”, „Złamana kolumna”, „Dwie Fridy”, „Ranny jelonek”, „Mojżesz” czy „Co widziałam w wodzie”. Nie narzekajmy jednak. Do Poznania zjechał może nie tak rozległy, ale reprezentacyjny zestaw jej prac, z kilkoma świetnymi i powszechnie znanymi autoportretami, doskonałymi szkicami rysunkowymi i kipiącymi od symboliki sztandarowymi pracami „Panna młoda przerażona otwierającym się przed nią życiem” oraz „Miłosny uścisk wszechświata, Ziemia (Meksyk), Ja, Diego i Pan Xolotl”. Tak naprawdę jedynym wielkim nieobecnym jest wspomniany „Zraniony stół”. Zaginął on po pamiętnej wystawie w Warszawie w 1955 r. (podobno w Krakowie) i do dziś nie są znane jego dalsze losy. Jakżeż byłoby wspaniale, gdyby odnalazł się właśnie teraz.

Frida z mężem

Oglądając wystawę, należy pamiętać o dwóch rzeczach. Po pierwsze, o tym, że Kahlo w swej sztuce nigdy nie aspirowała do opisywania świata, a wyłącznie samej siebie. To zawsze był rodzaj intymnego dziennika relacjonującego nie tylko jej stany psychiczne, emocje i poglądy, ale konkretne wydarzenia, wyjazdy, znajomości. By oglądać te obrazy, należy więc odrobić wcześniej lekcję z jej biografii. Z jej wielkich traum (paraliż dziecięcy w wieku 6 lat, straszliwy wypadek w wieku 18 lat, wieloletni neurotyczny związek z Diego). Sarkastyczny aforyzm Johna Berrymana, że najlepszą rzeczą, jaka może spotkać młodego poetę, jest katastrofa, która go nie zabija, doskonale sprawdził się w przypadku Kahlo.

Po drugie, pamiętajmy, że nic tu nie jest dosłowne. Czasem symbolika jest prosta, intuicyjna i zrozumiała dla każdego. Jak wówczas, gdy mały portrecik Rivery umieszcza w autoportrecie na swoim czole. Częściej jednak wymaga wsparcia, którego w przypadku tej ekspozycji bardzo kompetentnie udziela okazały katalog ze szczegółowym opisem każdej z prac.

W tej sytuacji Rivera jest tylko dodatkiem. Na wystawie znalazło się kilka jego nawet niezłych prac, ale patrzenie przez ich pryzmat na jego dorobek, to jak ocenianie spuścizny kompozytorskiej Witolda Lutosławskiego na podstawie pisanych przez niego piosenek dla dzieci. Był Diego bardzo sprawnym malarzem, jego obrazy ogląda się z przyjemnością, wszelako cały czas pamiętając, że to pełnymi społecznej pasji muralami zasłużył sobie na miejsce w historii sztuki XX w.

Poznańska wystawa ma w podtytule „Polski kontekst”. Z jednej strony to godny pochwały wysiłek, by ambitnie odróżnić tę ekspozycję od typowego blockbustera krążącego po świecie. Z drugiej jednak nie należy oczekiwać po owym kontekście zbyt wiele. Sprowadza się do dwóch tropów. Pierwszym była Fanny Rabel – od 1940 r. jedna z uczennic Fridy w Szkole Malarstwa i Rzeźby La Esmeralda. Drugim postać Bernice Kolko, fotograficzki, która poznała malarkę w ramach projektu „Kobiety z Meksyku”, a było to na trzy lata przed śmiercią Kahlo. Ta pierwsza wyemigrowała z Polski wraz z rodzicami, gdy miała lat 7, ta druga – lat 15. I działo się to na długo przed drugą wojną światową. Obie w swym fachu były artystkami niezłymi, ale na pewno nie wybitnymi. I kto by pomyślał, że wraz z wielkim Diego będą stanowić tło dla prac malarki, o której jeszcze w 1988 r. lakoniczna notka w skądinąd rzetelnym Oksfordzkim Leksykonie Sztuki zaczynała się od słów: „malarka meksykańska, żona Rivery”.

***

Frida Kahlo i Diego Rivera. Polski kontekst, Centrum Kultury Zamek, Poznań, czynna do 21 stycznia 2018 r.

Polityka 39.2017 (3129) z dnia 26.09.2017; Kultura; s. 78
Oryginalny tytuł tekstu: "Frida z Wenus"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Uzależnieni od uzależnionych

Seks, hazard, komputer – z uzależnionym żyje się na krawędzi. Chciałoby się mieć gwarancję, że nałóg partnera nie powróci. Ale gwarancji nie ma i nie będzie.

Izabela O’Sullivan
17.09.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną