Dan Brown w Polsce. Dlaczego jego książki tak się na świecie podobają?
Polskę odwiedza właśnie jeden z najpopularniejszych pisarzy świata, autor książki-fenomenu, czyli powieści „Kod Leonarda da Vinci”. Co takiego w prozie Amerykanina przyciąga do niego miliony czytelników?
Dan Brown
Alejandro García/Forum

Dan Brown

Podczas lektury bestsellera trudno uniknąć rozważań nad tym, co właściwie przesądziło o sukcesie danej książki. W przypadku „Igrzysk Śmierci” najprawdopodobniej sprawdziło się połączenie silnej kobiecej bohaterki z efektownym tłem dystopii i miłosnym trójkątem, podobnie w „Zmierzchu” decydować musiało napięcie między Bellą, Edwardem i Jacobem, „Pięćdziesiąt twarzy Greya” doskonale zaś nasyciło głód, z którego istnienia wiele czytelniczek nawet nie zdawało sobie sprawy – głód seksu z dreszczykiem, przeżywanego choćby w formie lektury.

Z Danem Brownem sprawa jest nieco bardziej skomplikowana. Można forsować tezę, że – paradoksalnie – pomógł mu Kościół katolicki, którego protesty przeciwko „Kodowi Leonarda da Vinci” były dla powieści najlepszą reklamą, jaką można sobie wyobrazić. To proste: skoro czegoś chcą nam zakazać, coś ma być obrazoburcze, to ciekawość bierze górę i sami chcemy się o tym przekonać, próby cenzury zawsze więc przynoszą skutek odwrotny od oczekiwanego (w tym momencie znacząco uśmiecha się również J.K. Rowling).

Argument o decydującej roli kościelnych hierarchów w promowaniu „Kodu…” wspiera również fakt, że przecież Brown już wcześniej pisał o Robercie Langdonie, w „Aniołach i demonach”, nie zawojowując jednak tą książką świata. A pod wieloma względami te pozycje to bliźnięta: Langdon biega od zabytku do zabytku w towarzystwie pięknej kobiety, ścigając się z czasem, rozszyfrowując kolejne zagadki i robiąc nam wykłady z historii i historii sztuki, wszystko zaś przez intrygę sięgającą samych szczytów kościelnej hierarchii. Dlaczego więc coś, co zadziałało w drugiej książce, nie przyniosło popularności pierwszej?

Tu odpowiedź jest prosta: możesz pisać najlepsze i najbardziej wciągające książki w historii literatury, ale jeżeli ludzie nie będą po nie sięgać, nie przekonają się o twoim geniuszu i ze sławy nici. Rolą Kościoła było więc nagonienie Brownowi ciekawskich czytelników, sam autor musiał zaś już tylko dać im bestseller.

Czyli to tyle? Brown miał po prostu szczęście?

Brown pisze czytadła

Nie do końca. Bo „promocja” z ambony to jedno, by odnieść sukces tak wielki jak w przypadku Amerykanina (grubo ponad 200 mln sprzedanych książek) sama ciekawość nie wystarczy – coś musi być i w tych książkach, muszą się one czytelnikom i czytelniczkom autentycznie podobać, inaczej ani nie sprzedałoby się ich tak wiele, ani kolejne publikacje nie rozchodziłyby się w tak imponujących nakładach.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną