Jak się dziś dzielą inteligenci

Gra w klasy
Inteligent z prawicy marzy o pojednaniu z narodem. Inteligent z lewicy – o sojuszu z ludem. Co w tej sytuacji ma zrobić coraz bardziej sfrustrowany liberalny inteligent z centrum?
Maria Janion jeszcze w 1989 r. przekonywała, byśmy nie porzucali inteligenckiej postawy prometejskiej.
Carlos Delgado/Wikipedia

Maria Janion jeszcze w 1989 r. przekonywała, byśmy nie porzucali inteligenckiej postawy prometejskiej.

Inteligent staje się dziś figurą niewygodną nie tylko dla prawicy.
Igor Morski/Polityka

Inteligent staje się dziś figurą niewygodną nie tylko dla prawicy.

Po 13 grudnia niemożliwa stała się współpraca elity intelektualnej z reżimem.
J. Żołnierkiewicz/Wikipedia

Po 13 grudnia niemożliwa stała się współpraca elity intelektualnej z reżimem.

Wiele już powiedziano o 44 lekturach, które prezydent Duda zaproponował nam wszystkim na stulecie niepodległości. Patrioci – jak sugeruje Antologia Niepodległości, bo tak nazwano listę – powinni czytać romantyków, przede wszystkim Mickiewicza, sarmatów, Jana Pawła II, Piłsudskiego i Dmowskiego, rzecz jasna Sienkiewicza, z autorów żyjących – Rymkiewicza i Wencla, ale omijać Brzozowskiego, Gombrowicza i Masłowską. Jedna rzecz na prezydenckiej liście intryguje ze szczególną mocą: niemal kompletny brak tekstów opisujących doświadczenie polskich inteligentów.

Nie ma Brzozowskiego – to już powiedzieliśmy. Nie ma Mrożka i Konwickiego (choć „Mała apokalipsa” pasowałaby do konwencji). Miłosz jest z wierszem, w którym robi z samego siebie romantyka („W Warszawie”), ale nie ma „Zniewolonego umysłu”. Najbardziej intryguje najmniej znany tekst w zestawie: fragment wystąpienia „Co się zmieniło w świadomości polskiego intelektualisty po 13 grudnia 1981 roku?” Andrzeja Kijowskiego, rzecz nawet w dorobku autora raczej marginalna. Co tu ciekawego? Sygnał, jak obecna władza wyobraża sobie rolę inteligenta w życiu publicznym.

Kijowski pisze o tym, co zapowiada w tytule: co stan wojenny zrobił polskim intelektualistom? Odpowiedź jest klarowna: po 13 grudnia niemożliwa stała się współpraca elity intelektualnej z reżimem. Aktorzy, pisarze, dziennikarze, reżyserzy, artyści, wcześniej układający się z władzą na różne sposoby, z chęcią lub bez, znaleźli się w sytuacji, w której każdy rodzaj współpracy mógł zostać uznany za kolaborację. Okoliczności były dramatyczne, ale zdaniem Kijowskiego przyniosły ozdrowieńcze efekty. Po decyzji gen. Jaruzelskiego elita mogła (czy wręcz musiała) dochować wierności własnym doświadczeniom z okresu karnawału Solidarności i wcześniejszej wizyty papieskiej, gdy znów poczuła się integralną częścią narodowej masy. To wtedy – jak pisze Kijowski – inteligent polski „podążył do Gdańska jak do nowej Canossy i wiecując tam, śpiąc na słomie czy obok robotnika w przepoconym drelichu, poczuł się znów na swoim miejscu, jak w tłumie na placu Zwycięstwa czy na Błoniach”.

Każdy inteligent, który dziś przeczyta ten tekst, musi pomyśleć: tego właśnie oczekuje ode mnie prezydent mojego kraju, dokładnie takiej postawy. Powinienem porzucić wszelkie inteligenckie wątpliwości i dać się pochłonąć narodowemu żywiołowi, docenić siłę polskiego katolicyzmu ludowego, wartość tradycyjnych form życia, poza wspólnotą narodową jest bowiem skazany na wykorzenienie.

Trudno tę prezydencką sugestię traktować inaczej niż jako jeszcze jeden wyraz niechęci obecnej władzy wobec formacji inteligenckiej. Niechęci o długich już dziejach, niegdyś – za pierwszych pisowskich rządów – znajdującej ujście w wypowiedziach o wykształciuchach, dziś manifestującej się głównie w opowieściach o suwerenie, czyli narodzie, który zbuntował się przeciw wrogiej mu inteligenckiej elicie. Jeden element tej antyinteligenckiej fobii szczególnie przyciąga zainteresowanie: fakt, że jej najbardziej gorliwymi propagatorami byli i są sami inteligenci (o wykształciuchach mówił obiecujący niegdyś socjolog Ludwik Dorn). Antyinteligencka retoryka prawicy jest dziełem samej inteligencji. W krakowskich „Arcanach” czy warszawskiej „Teologii Politycznej” bez trudu znajdziemy teksty z ducha Kijowskiego. Jak je rozumieć? Jako świadectwo kłopotliwej neurozy, dręczącego konserwatywnych inteligentów poczucia, że ich inteligenckość nie mieści się w tradycyjnych formach polskiego życia zbiorowego, dlatego należy ją podważyć, poddać krytyce? Inna możliwość wydaje się bardziej prawdopodobna: polska prawica używa antyinteligenckiego języka nie z powodu wyrzutów sumienia, ale z nadzieją na polityczne zyski. Krytyka inteligencji pomaga jej uformować własne polityczne zaplecze, inteligenta przeciwstawić suwerenowi, a następnie objąć suwerena politycznym patronatem.

„Klasa ludowa” brzmi lepiej

Ale inteligent staje się dziś figurą niewygodną nie tylko dla prawicy. O ile ta postuluje, by wtopił się on we wspólnotę narodową, o tyle lewica wraca do marzeń o sojuszu inteligencko-ludowym. Sugeruje, że inteligencja tylko w politycznym porozumieniu z ludem może stać się podmiotem skutecznego politycznego działania, siłą zdolną przeciwstawić się naporowi konserwy.

Ujmując rzecz dokładniej, jest w tym niechęć do potocznie pojmowanej inteligenckości, do kojarzonych z nią zachowań paternalistycznych, lecz również świadectwo przywiązania do najgłębszych źródeł inteligenckiej tożsamości. O tym, że fundamentem takiej postawy jest (faktyczna lub przynajmniej deklarowana) troska o lud, wiemy od dawna. Pisało o tym wielu. U nas najdobitniej Andrzej Walicki, dla którego inteligencja była „międzystanową elitą wykształcenia”, akcentującą własne poczucie odpowiedzialności za losy społeczeństwa oraz zapał w walce „o postęp społeczny, mierzony polityczną i ekonomiczną emancypacją ludu”.

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną