Kultura

Zespołowy ekshibicjonizm

Rozmowa z Danielem Stabrawą, pierwszym koncertmistrzem Filharmonii Berlińskiej

Daniel Stabrawa, skrzypek, koncertmistrz Filharmonii Berlińskiej. Daniel Stabrawa, skrzypek, koncertmistrz Filharmonii Berlińskiej. M. Lasyk / Reporter
Rozmowa ze skrzypkiem Danielem Stabrawą, koncertmistrzem Filharmonii Berlińskiej, o tym, jak pogodzić walory solisty z umiejętnością bycia członkiem zespołu, oraz o globalizacji z perspektywy orkiestry symfonicznej.
Daniel Stabrawa w 1983 r. jako pierwszy Polak został członkiem orkiestry Filharmonii Berlińskiej, a w 1986 r. – jednym z jej trzech koncertmistrzów.M. Lasyk/EAST NEWS Daniel Stabrawa w 1983 r. jako pierwszy Polak został członkiem orkiestry Filharmonii Berlińskiej, a w 1986 r. – jednym z jej trzech koncertmistrzów.

DOROTA SZWARCMAN: – Obserwowałam, jak prowadził pan warsztaty dla skrzypków w ramach Akademii Santander Orchestra. Są one przeznaczone dla muzyków orkiestrowych, ale uwagi, które pan przekazywał, brzmiały jak skierowane do solistów: grać śmiało, z nerwem, z charakterem. Czy to pasuje do gry zespołowej?
DANIEL STABRAWA: – Jak najbardziej. W orkiestrze też nie można grać inaczej niż śmiało, ponieważ jeśli ktoś gra nieśmiało, nie daje nic zespołowi. Każda osoba wnosi swoją wartość i uzupełnia walory, których być może inni nie mają. Dziś jest wielu bardzo dobrych, wykształconych muzyków, z których połowa mogłaby zostać solistami, ale nie mając takich szans, idą do orkiestr lub grają muzykę kameralną. Poziom na tyle się podniósł, że aby dać się zauważyć, trzeba grać z charakterem i śmiało, pokazać, że ma się coś do zaproponowania.

Powiedział pan też studentce, która obawiała się pokazać intymne emocje, że w przypadku muzyka intymność wymaga ekshibicjonizmu i że trzeba dawać z siebie na scenie zawsze trochę więcej, żeby publiczność słyszała. W przypadku orkiestry będzie to więc ekshibicjonizm zespołowy?
Absolutnie tak.

Jak można pogodzić walory solisty z umiejętnością bycia członkiem zespołu? Słuchać innych?
Słuchać, dopasowywać do nich własne emocje albo swoimi emocjami pobudzać innych do grania, ale zarazem uważać, by swoim temperamentem nie wystraszyć nikogo ani nie przeszkadzać kolegom. Nie można grać tylko dla siebie, to nie przejdzie. Jeśli więc ktoś ma bardzo indywidualne, niezrozumiałe dla innych sposoby na interpretację utworu, to nie będzie miał szans w zespole.

W Filharmonii Berlińskiej nowych muzyków przesłuchuje orkiestra. Także pod tym kątem?
Oczywiście. Niedawno przesłuchiwaliśmy właśnie paru skrzypków niewątpliwie utalentowanych, ale bardzo ekstrawaganckich. Musieliśmy ich odrzucić, bo nie pasowaliby. Orkiestra to organizm. Złożony co prawda z 80 mrówek, ale wszystkie muszą mieć jeden cel. W czasach globalizacji pojawił się problem, jak połączyć ze sobą muzyków z różnych części świata, bo nie wszyscy do siebie pasują. Niektóre zespoły, takie jak Filharmonicy Wiedeńscy czy orkiestra Concertgebouw w Amsterdamie, dbają o jednorodność. Dla Wiedeńczyków np. ważne jest nie to, skąd muzyk pochodzi, tylko to, czy uczył się w Wiedniu. Wtedy jest gwarancja zachowania tradycji.

W Berlinie tego nie ma.
Berlin jest bardziej otwarty, przyjmujemy wszystkich. Jest tu oczywiście pewne niebezpieczeństwo i dużo zależy od szefa muzycznego. Wiedeńczycy go nie mają, sami sobą kierują od dawna. A my mamy i to on musi umieć skonsolidować różne narodowości i sposoby grania.

Jest pan koncertmistrzem niemal przez całe zawodowe życie. Zaraz po studiach objął pan to stanowisko w nieistniejącej już, niestety, krakowskiej Orkiestrze Symfonicznej Polskiego Radia i Telewizji.
Wtedy jeszcze się uczyłem pod skrzydłami Wiesława Kwaśnego, siedziałem koło niego. To nie jest prosty zawód, doświadczenia nabiera się z czasem. Jak zachowywać się podczas koncertu, jakimi ruchami prowadzić orkiestrę, bo przecież nie tylko dyrygent, ale i koncertmistrz ją prowadzi – po wielu latach człowiek się dopiero dowiaduje, gdzie to jest konieczne, a gdzie to jest kompletnie zbędne. Na początku się wydaje, że każdy ruch jest ważny, a to nieprawda. Można się prawie w ogóle nie ruszać. Leonard Bernstein kiedyś powiedział, że dyrygować to nie znaczy taktować, tylko przede wszystkim stać rytmicznie. To jest genialne określenie moim zdaniem. Bo człowiek nie stoi jak skała, tylko się rusza z rytmem muzyki. Minimalne pociągnięcia smyczka czy oddech są dostrzegane przez cały zespół.

Brał pan też udział w międzynarodowych konkursach skrzypcowych, w których odnosił pan sukcesy.
Na konkursy powinno się jeździć nie tylko, żeby się spróbować, ale też spotkać się z innymi muzykami, zobaczyć, jak grają. Jednak stwierdziłem, że kariera całkowicie solistyczna akurat nie jest dla mnie, bo łączy się z samotnością. To jest strasznie ciężka praca. Jeszcze z 50–60 lat temu grało się głównie klasyczne koncerty, a teraz repertuar ogromnie się poszerzył. Poza tym trudno jest sprostać wymaganiom technicznym, a trzeba być perfekcjonistą, bo każdy błąd jest u solisty bardziej słyszalny i to może deprymować. Dodatkowym psychicznym obciążeniem jest świadomość, że rośnie nowe pokolenie, które jeszcze lepiej gra. Pinchas Zukerman tak kiedyś powiedział do 70-letniego Nathana Milsteina: „Maestro, ty byłeś naszym mistrzem, pięknie grasz na skrzypcach, ale my gramy lepiej. A wiesz dlaczego? Bo ty nas nauczyłeś”. Każda nowa generacja przejmuje to, co już jest, i wznosi się na wyższy poziom. Trudno jest więc być solistą. Ale muzykowanie w orkiestrze i w zespole kameralnym też jest wspaniałe. Nie ma nic piękniejszego niż przebywanie z ludźmi i wspólne przeżywanie wykonywanych utworów.

Philharmonia Quartett Berlin przy Filharmonikach Berlińskich założył pan jeszcze przed objęciem funkcji koncertmistrza.
Tak, dwa lata po przyjściu do orkiestry, a rok przed tym, jak zostałem koncertmistrzem. To też już się kończy, jeden kolega, wiolonczelista Jan Diesselhorst, 10 lat temu zmarł. Spróbowaliśmy z innym wiolonczelistą Dietmarem Schwalke i idzie nam bardzo dobrze, ale to już inny kwartet. Postanowiliśmy, że w 2019 r. w październiku robimy pożegnalne koncerty.

Jest pan w zespole Filharmoników Berlińskich już od 35 lat.
Tak, tyle mija w listopadzie. Trzech szefów przeżyłem: Herberta von Karajana, Claudia Abbado, Simona Rattle, a teraz jest już czwarty – Kirill Petrenko.

Zdawał pan na stanowisko koncertmistrza trzy lata po przybyciu do orkiestry.
Zdawałem dwa razy. Za pierwszym zagrałem I Koncert skrzypcowy Prokofiewa i koledzy mówili: e, Prokofiew, gdybyś zagrał Beethovena… No to kilka miesięcy później zagrałem Beethovena, i się udało.

Podobno Karajan z początku pana nie chciał…
To prawda. Przesłuchanie odbyło się bez jego udziału i on wysłał do orkiestry telegram, że jeśli ja będę siedział z przodu, to on wyjedzie z powrotem do Salzburga.

Jak pan myśli, dlaczego? Czy dlatego, że był pan pierwszym Polakiem w tej orkiestrze?
Nie, raczej chodziło o to, że byłem młody i on poczuł, że zaczyna się zmieniać generacja. Że to już nie jest jego orkiestra, którą kształtował przez ponad 30 lat i która pod jego batutą grała jak jedno ciało, jeden człowiek. Przekonanie się do mnie zajęło mu mniej więcej rok, ale w końcu nie tylko mnie zaakceptował, ale wręcz w zasadzie ukoronował. Jestem mu za to wdzięczny.

Orkiestra była od początku za panem?
Tak, ale to też nie było wtedy takie proste. Kolega, który siedział z tyłu za mną, powiedział: „Czasy się zmieniły. Moja mama zawsze mówiła, że nie wolno mi się bawić z Polakami w piaskownicy, a teraz ty jesteś moim przełożonym”.

Kiedy pan przychodził, to chyba jeszcze nawet kobietom nie wolno było grać w tej orkiestrze.
Były już dwie: skrzypaczka oraz klarnecistka Sabine Meyer, która zresztą niedługo odeszła i rozwinęła karierę solową.

Była o nią wielka awantura.
Tak, Karajan ją chciał, a orkiestra nie. Dziś jest już inaczej, gra w orkiestrze kilkanaście kobiet, choć absolutną przewagę wciąż mają mężczyźni, i podejrzewam, że gdyby zdawali mężczyzna i kobieta, i grali tak samo, to chyba jednak przyjęto by mężczyznę.

W Wiedniu, gdzie też nie wolno było grać kobietom, chyba to jeszcze trudniej idzie.
Ale za to mają już koncertmistrzynię. Albena Danailova, Bułgarka wykształcona w Wiedniu, świetna skrzypaczka. Tak, świat się zmienia.

Jak pan wspomniał, przeżył pan już w Berlinie trzech szefów. Każdy z tych wielkich dyrygentów to był zupełnie inny świat muzyczny.
Kompletnie. Także jeśli chodzi o mentalność. Przykładowo Simon Rattle mówił do nas po angielsku i choć wszyscy znamy język, nie zawsze rozumieliśmy, o co mu akurat chodziło. Rzecz była w niuansach językowych, w sposobie myślenia i przekazywania informacji. Np. Anglik nigdy nie powie wprost „grasz za głośno”, tylko „może ja dyryguję za cicho?”. W Anglii od razu to zrozumieją, a u nas nie bardzo. Z Petrenką powinno być łatwiej, ponieważ on jest wychowany w Austrii, wyemigrował z Rosji jeszcze jako nastolatek, świetnie mówi po niemiecku.

A co was w nim ujęło, że go wybraliście?
To wspaniały muzyk, precyzyjny, emocjonalny, wie, czego chce. Miałem zaszczyt z nim grać kilka lat temu jako solista – Muzykę na skrzypce i orkiestrę Rudiego Stephana. Dobiera ambitny repertuar. Na nasz pierwszy oficjalny wspólny koncert wybrał IV Symfonię austriackiego kompozytora Franza Schmidta (1873–1939). Ja akurat nie grałem tego wieczoru, ale koledzy mówili, jakie to trudne.

Od pewnego czasu próbuje pan też dyrygowania, przez kilka lat współpracował pan z Capellą Bydgostiensis.
To było ze 20 lat temu, zakończyłem tę współpracę w 2002 czy 2003 r. Ale wciąż od czasu do czasu dyryguję, i w Berlinie, i np. w Gdańsku, i coraz bardziej zdaję sobie sprawę, jakie to jest potwornie trudne. Znając rzecz od drugiej strony, wiem, że orkiestra zawsze chce grać dobrze, czyli jak coś jest nie tak, to jest moja wina. Zrobiłem nawet doświadczenie, z którego wynikło, że każda moja fałszywa myśl na temat danej frazy natychmiast się odzwierciedla w zespole i nagle okazuje się, że oni grają tak, jak ja źle pomyślałem. To jest niesamowite. Ta świadomość deprymuje.

Grając, występuje pan z innej pozycji, mając orkiestrę za plecami.
Właśnie. To jest straszliwa odpowiedzialność. Ale takie doświadczenia są bardzo potrzebne, żeby lepiej prowadzić orkiestrę jako koncertmistrz. Inaczej patrzy się na partyturę. Teraz wiem, że dla dyrygentów bardzo trudne jest selektywne słyszenie wszystkich instrumentów w gęstej fakturze. Dzięki temu, że dyrygowałem np. Mahlera, grając, wiem już o wszystkim, co jest w nutach, a co do mnie wcześniej nie docierało. Uważam, że koncertmistrzowie powinni umieć dyrygować.

Kiedyś przecież w ogóle nie było dyrygentów, prowadziło się zespół właśnie najczęściej od skrzypiec.
Tak, było się kompozytorem, dyrygentem i instrumentalistą jednocześnie. Dla skrzypka pokazanie pierwszego ruchu, czyli zarazem podniesienie smyczka i nadanie tempa, jest absolutnie naturalne.

***

Daniel Stabrawa – ur. w 1955 r. w Krakowie. Studiował w swoim rodzinnym mieście. W 1978 r. otrzymał VI nagrodę na Konkursie im. Paganiniego w Genui. W 1979 r. został koncertmistrzem Orkiestry Symfonicznej PRiTV w Krakowie. W 1983 r. jako pierwszy Polak został członkiem orkiestry Filharmonii Berlińskiej, a w 1986 r. – jednym z jej trzech koncertmistrzów. Występuje też z orkiestrą jako solista, od lat uprawia muzykę kameralną w założonych przez siebie zespołach Philharmonia Quartett Berlin i Stabrawa Ensemble Berlin. 21 lipca prowadził warsztaty dla skrzypków w ramach Akademii Santander Orchestra, której druga edycja odbywa się w tym roku z inicjatywy BZ WBK.

Polityka 31.2018 (3171) z dnia 31.07.2018; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Zespołowy ekshibicjonizm"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Świat

Dyplomaci jak hostessy – tak działa polskie MSZ

PiS w zasadzie nie prowadzi polityki zagranicznej. Nie potrzebuje więc doświadczonych ambasadorów. Chyba że do roli hostess.

Grzegorz Rzeczkowski
09.10.2019
Reklama