Kultura

Jestem tym, kim już nie jestem

Reż. Alfonso Cuarón o kulisach powstania „Romy”

Kadr z filmu „Roma” Kadr z filmu „Roma” Carlos Somonte/Netflix
Pełny przebieg fabuły znałem tylko ja – mówi reżyser Alfonso Cuarón o swoim głośnym nagrodzonym m.in. Złotym Lwem w Wenecji filmie „Roma”.
Alfonso CuarónGraham Whitby Boot/BEW Alfonso Cuarón

JANUSZ WRÓBLEWSKI: – Zrealizowaną dla Netflixa kameralną historię rodzinną, osadzoną w latach 70. ubiegłego stulecia w stolicy Meksyku, nazwał pan najważniejszym filmem w swojej karierze. Dlaczego?
ALFONSO CUARÓN: – W „Romie” rozliczam się ze swoim dzieciństwem i młodością. Pierwszy raz mierzę się z tym, co dla mnie najistotniejsze. Robiąc ten film, dysponowałem wolnością, o jakiej wcześniej mogłem tylko pomarzyć. Mimo artystycznego ryzyka nie odczuwałem lęku. Założenie było takie, by niczego nie upiększać, nie zasłaniać się konwencją. Spojrzeć na przeszłość tak, jak ją zapamiętałem, ale z dzisiejszego punktu widzenia, gdy wiele rzeczy, spraw, sytuacji zostało już przeze mnie przemyślanych i zrozumianych.

Łatwy i bezbolesny proces?
Do każdego projektu niezbędna jest dokumentacja. Tu narzędziem, a także źródłem poznania, była pamięć, z reguły zawodna. Wspomnienia podlegają zniekształceniom. Im głębiej się zapuszczałem w przeszłość, tym więcej miałem wątpliwości i tym trudniej mi się było w tym labiryncie połapać i dojść do prawdy. To nigdy nie jest proste, zawierzyłem jednak swojej intuicji.

Chciał pan ten film nakręcić, bo…?
Być może to kwestia wieku, starzenia. Jak się ma tyle siwych włosów co ja, człowiek zaczyna się zastanawiać, kim jest, a przede wszystkim – kim był. Wywodzę się z dwóch różnych światów. Ojciec, fizyk jądrowy, i matka prowadząca dom mieszkali w bogatej kolonii Roma w Cuauhtémoc, dzielnicy położonej na zachód od historycznego centrum Meksyku. Nie poświęcali zbyt wiele czasu na moje wychowanie. Aż do osiągnięcia pełnoletności opiekowała się mną pochodząca z niższej klasy i innej grupy etnicznej niania. Mam więc niejako podwójne korzenie. Niełatwo je połączyć. Film to pokazuje.

Kiedy zaczął pan myśleć o realizacji „Romy”?
Dokładnie nie pamiętam, ale pierwszy raz publicznie wspomniałem o pomyśle w 2006 r. Opierał się na trzech bezdyskusyjnych założeniach: historii niani, która stała się częścią naszej rodziny, introspekcji i czarno-białej fotografii. Odrzuciłem klasyczne reguły dramaturgii, nie interesował mnie podręcznikowy rozwój postaci, postawiłem na otwartą strukturę – coś w rodzaju strumienia świadomości. Wiedziałem, że aby osiągnąć czystość i wiarygodność, tekst musi zawierać kilka mocnych punktów, reszta winna pozostać grą wyobraźni. Poza jedną profesjonalną aktorką, grającą moją matkę, obsada składa się wyłącznie z naturszczyków. Sceny kręciliśmy chronologicznie. Ale pełny przebieg fabuły znałem tylko ja. Przed rozpoczęciem i w trakcie zdjęć nikomu z ekipy, wliczając w to wykonawców głównych ról, nie dawałem do przeczytania scenariusza.

Skoro nikt nie znał scenariusza, jakim sposobem wszyscy wiedzieli, co mają robić?
Na tym polegał eksperyment. Z każdym uczestnikiem rozmawiałem oddzielnie, na osobności. Szczegółowo wyjaśniałem kontekst sytuacji, tłumaczyłem, kogo ma grać, z kim postać jest zaprzyjaźniona, kogo nie lubi, jakie ma tajemnice, kto te sekrety może znać, a kto nie. Na krótko przed nagraniem wręczałem rozpisane na kartkach dialogi. Często wprowadzałem aktorów w błąd, celowo podając przeciwstawne wskazówki co do ich zachowania na planie. Tworzył się fantastyczny chaos, taki jak w życiu.

Nawet w dużych scenach zbiorowych w ogóle nie czuje się tej improwizacji. Film ma harmonijną i przemyślaną konstrukcję.
Źle mnie pan zrozumiał. Nie było żadnej improwizacji. Chaos polegał na nieprzewidywalnych reakcjach. Weźmy scenę rozruchów ulicznych. Bojówkarze brutalnie atakują mieszkańców. Dla bezpieczeństwa próby odbywały się przez kilka dni na stadionie. Wszystko zostało dokładnie zaplanowane. Tylko pani grająca nianię nie wiedziała, że do sklepu, w którym w czasie zamieszek robiła zakupy, wtargnie jej ukochany. Gdy on wyciąga w jej kierunku broń, wydaje się kompletnie zaskoczona. Jej reakcja jest spontaniczna, bardzo naturalna. O taki efekt nam chodziło. Albo scena w szpitalu położniczym. Niania trafia na oddział, lekarze przyjmują poród. Nie powiedziałem, jaki będzie tego finał. Niedowierzanie, łzy, cierpienie, które rysują się na jej twarzy po zobaczeniu martwego dziecka, wynikają z autentycznego stanu emocjonalnego.

Żaden z naturszczyków nigdy wcześniej nie miał do czynienia z produkcją filmową, więc dla nich taka metoda kręcenia wydawała się właściwa, zaakceptowali ją jako coś oczywistego. Dla zawodowców to horror. Aktorka grająca matkę miała w jednej ze scen coś wytłumaczyć swemu filmowemu synowi. Ale dziecko otrzymało zadanie, by jej nie słuchać. W trakcie nagrania aktorka nie umiała opanować nerwów, gdyż wydawało się jej, że sytuacja wymyka się spod kontroli.

„Roma” dedykowana jest kobiecie o imieniu Libo, pańskiej niani. Mógłby pan coś więcej o niej powiedzieć?
Jest autochtonką, potomkinią Indian mówiących dialektem Mixteco. W filmie gra ją Yalitza Aparicio, 24-letnia nauczycielka, rdzenna mieszkanka górskiego stanu Oaxaca. Niania pojawiła się w naszym domu dwa albo trzy tygodnie po moich narodzinach. Początkowo wypełniała obowiązki służącej i gospodyni, potem zastępczej matki. Dziś – pomimo barier klasowych, rasowych, społecznych – jest częścią naszej familii, a my jej. Nasze relacje układały się tak, jak starałem się to pokazać w filmie. Celem było symboliczne uchwycenie tej niezwykłej emocjonalnej transformacji, w wyniku której udało nam się stworzyć wspólnotę, jedną rodzinę. Większość scen konsultowałem właśnie z nią. Adriana Santos, jej córka, projektowała napisy przy „Romie”. Po zobaczeniu gotowego filmu były bardzo wzruszone.

Matka i niania zostają w filmie zdradzone przez mężczyzn. Ich życie osobiste wali się w gruzy. Kobiety muszą znosić samotność, mężczyznom wszystko uchodzi na sucho. Ten patriarchalny świat przetrwał, bo wzorce kulturowe chętniej się powiela, niż zmienia?
„Roma” wyrasta z intymnego doświadczenia. Wolałbym nie uogólniać, chociaż może rzeczywiście tak wygląda los wielu meksykańskich kobiet. Meksyk to ziemia machos, gdzie oficjalnej władzy nigdy nie oddaje się w ręce słabszej płci. Przemoc małżeńska występuje często i niejednokrotnie napotyka na pobłażliwość prawa. Meksykańskie państwo nie wspiera kobiet, chociaż to na nie spada obowiązek utrzymania i wychowania dzieci. Mężczyźni czują się zwolnieni z odpowiedzialności, to część obyczaju.

To prawda, że aż 90 proc. sytuacji przedstawionych na ekranie wydarzyło się naprawdę?
Tak. Byłem wyczulony na kłamstwo. Rekwizyty – od fajek po samochody – musiały pochodzić z epoki. Udało się nawet odzyskać większość mebli z domu rodzinnego, które przechowywała dalsza rodzina. Zatrudniliśmy aktorów podobnych do moich bliskich. Staraliśmy się wrócić do tych samych miejsc z mojego dzieciństwa i w nich kręcić. Ale „Roma” zawiera również drobne elementy fikcji, więc nie nazywałbym filmu stuprocentową autobiografią. Wszystko tu się obraca wokół Libo. Wydarzenia ukazane są z jej perspektywy. Jej składam hołd.

Jak się pan czuł, rekonstruując sceny z dzieciństwa w interpretacji aktorów?
Dość perwersyjnie. Odtwarzaliśmy momenty nie zawsze dla mnie przyjemne. Czasami straszne. Zdarzało mi się też odkryć jakąś nieznaną do tej pory prawdę. Któregoś dnia aktor grający mojego ojca poprosił o wytłumaczenie motywów jego ucieczki i rozstania z żoną. Niewiele się zastanawiając, spytałem, czy kiedyś się dusił? Odpowiedział, że tak, i zaczął to opisywać. A mnie chodziło o duszenie psychiczne. Ojcu przebywającemu pod wspólnym dachem z żoną zaczęło brakować tlenu, a gdy wsiadł do samochodu, zatrzaskując za sobą drzwi, znów mógł swobodnie oddychać. Gdy mu to wyjaśniłem, dotarło do mnie, co właściwie się stało. Całe życie obwiniałem ojca za jego egoizm, za to, co nam zrobił, a teraz nagle zrozumiałem, że i on mógł się czuć nieszczęśliwy w tym związku.

Dla moich współpracowników proces filmowania odbywał się w czasie teraźniejszym. Liczyło się ustawianie świateł i dekoracji, szukanie statystów, zmiana plenerów itd. Przeżywali to zupełnie inaczej niż ja. Dla mnie ten powrót do lat dziecinnych oznaczał grzebanie w nicości. Mojego świata już nie ma. Mnie takiego, jakim byłem, też nie ma. Uświadomiłem sobie, że całe moje życie tak właśnie wygląda – jestem tym, kim już nie jestem.

Smutna konstatacja.
Dostrzegam w niej szczególne piękno. Ludzka egzystencja polega na wiecznej transformacji. Możemy się dzielić tylko naszą samotnością. Łudzimy się, że życie ma jakiś sens, lecz nadajemy go sami pod wpływem emocji. To wynik naszej woli.

Był pan przy tym projekcie reżyserem, scenarzystą, producentem, montażystą oraz autorem zdjęć. Jak pan te wszystkie obowiązki godził?
Operatorem miał być Emmanuel „Chivo” Lubezki, nakręciłem z nim wszystkie moje filmy. Znamy się od dziecka, przegadaliśmy tysiące godzin, rozumiemy się bez słów. Mamy wypracowany styl polegający na wielomiesięcznych przygotowaniach i długim okresie zdjęciowym oraz postprodukcyjnym. Nie wyobrażałem sobie, żeby ktokolwiek inny mógł stanąć za kamerą. Scenopis „Romy” był pisany dla niego. Na dwa tygodnie przed rozpoczęciem zdjęć Chivo jednak się wycofał. Mając na horyzoncie inne zobowiązania, wiedział, że nie zdoła poświęcić mi tyle czasu, ile potrzebowałem. Zadzwoniłem więc do Łukasza Żala, polskiego operatora „Idy” Pawła Pawlikowskiego, z którym się przyjaźnię. Okazało się, że jest zajęty „Zimną wojną”. Chivo uznał, że sam powinienem to nakręcić. Z wykształcenia jestem operatorem, pracowałem przy wielu serialach i programach telewizyjnych. Znam fach, doskonale wiedziałem, o co mi chodzi, więc nie będzie problemu. Faktycznie, chociaż nie schodziliśmy z planu przez 110 dni, praca po dwóch stronach kamery sprawiła mi niewyobrażalną przyjemność, nieźle się przy tym bawiłem.

Na liście pana osiągnięć filmowych można znaleźć hollywoodzkie blockbustery, takie jak oscarowa „Grawitacja”, z drugiej strony małe, niezależne produkcje w typie „Romy”. Jak one się łączą w pana wyobraźni?
Bez wątpienia bliższa mi jest „Roma”. Rozmawiamy o filmie, w którym spowiadam się ze swojego życia. Ale oczywiście jestem też dumny z „Grawitacji”. W moim odczuciu symbolicznym językiem, w konwencji science fiction, opowiadam w nim o ocaleniu, czyli o więzi z drugim człowiekiem. Nie czuję się reżyserem hollywoodzkim. Nie pracuję dla studia, tylko dla siebie. Jeśli projekt tego wymaga, współpracuję z Hollywood. Mam dobre relacje z amerykańską branżą, wiem, na czym ten biznes polega i nie zamierzam z niego rezygnować. Ale nie mieszkam w Los Angeles. Nie chodzę na bankiety. Reżyseruję tylko wtedy, gdy coś ciekawego zostanie mi zaproponowane. Najważniejsza jest moja rodzina. I europejscy przyjaciele, tacy jak Paweł Pawlikowski.

***

Alfonso Cuarón (ur. 1961 r.) – meksykański reżyser i scenarzysta. Razem z Guillermo del Toro i Alejandro Gonzalezem Ińárritu uznawany jest za współtwórcę nowej fali kina meksykańskiego. Międzynarodową sławę i pierwszego Oscara (za najlepszy oryginalny scenariusz) przyniósł mu kameralny dramat psychologiczny „I twoją matkę też”. Zrealizował m.in. trzecią część sagi J.K. Rowling „Harry Potter i więzień Azkabanu”, dystopię „Ludzkie dzieci” oraz „Grawitację”, która zdobyła 9 Oscarów. Był gościem tegorocznej edycji festiwalu EnergaCAMERIMAGE. Wyprodukowana przez Netflixa „Roma” wygrała festiwal wenecki i ma nominacje do Złotych Globów. W niektórych krajach, w tym w Polsce, dystrybuowana będzie również w kinach (na platformie i ekranach od 14 grudnia).

Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Kraj

Arcyksiążę Głódź – ikona Kościoła oderwanego od współczesnego świata

Abp Sławoj Leszek Głódź powoli staje się ikoną Kościoła – tego oderwanego od współczesnego świata, społecznych emocji, z monopolem na rację.

Ryszarda Socha
23.05.2019
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną