Rozmowa z Anją Garbarek

Wiem, skąd pochodzę
Jest córką gwiazdy światowego jazzu, Jana Garbarka. Nie ukrywa, że w swej karierze skorzystała kilkakrotnie ze znajomości wybitnego ojca.

Słuchając jej płyt nie sposób jednak wątpić, że pozycję skandynawskiej gwiazdy melancholijnych elektronicznych pieśni zawdzięcza własnemu talentowi oraz pracy. Debiutowała niemal w tym samym momencie, co Björk, jednak jej kariera rozwija się powoli i konsekwentnie, bez spektakularnych fajerwerków. Polacy znają ją głównie jako autorkę muzyki do filmu Luca Besona „Angel – A”. 

 
Ostatnio pojawiłaś się na albumie norweskiej, nu jazzowej formacji Wibutee, a Twój ojciec jest światowej sławy improwizatorem. Jazz wydawał się w Twoim wypadku najbardziej oczywistą drogą. Dlaczego dokonałaś innego wyboru?

Od zawsze pociągało mnie tworzenie „dźwiękowych opowiadań”, a to wymaga bardziej zamkniętych, skondensowanych form niż muzyka mojego Taty. Takiego podejścia nauczyłam się od Laurie Anderson oraz Kate Bush. Album „Never for ever” tej ostatniej wywarł na mnie decydujący wpływ. Usłyszałam go, mając zaledwie kilka lat i doznałam olśnienia. Okazało się, że można tworzyć melodyjne piosenki, a jednocześnie nadawać im formę swoistego teatru dźwiękowego, w którym skrzypienie drzwi czy ludzkie kroki kształtują narrację w takim samym stopniu jak tekst. Dlatego też wybrałam muzykę elektroniczną oraz studio jako główne narzędzie pracy. Oczywiście pozostawiam sobie małą przestrzeń do improwizacji, ale jej ramy są bardzo ściśle określone.

Podobną drogą podąża inna wybitna artystka skandynawska, Björk. Czy ona wywarła na Ciebie jakiś wpływ?

Trudno mówić o wpływach, bowiem na scenie elektronicznej debiutowałyśmy niemalże w tym samym momencie, na początku lat 90-tych. Björk jest jedyna w swoim rodzaju, to jeden z najgenialniejszych muzyków naszych czasów. Naturalnie, czuję z nią silny związek i bardzo cieszą mnie jej sukcesy. Z drugiej strony równie wiele nas dzieli. Moje piosenki mają na przykład bardziej intymny, introwertyczny charakter. Z kolei Björk posługuje się bardziej komercyjną paletą brzmień, za to w dziedzinie innowacji wokalnych jest dziś bezkonkurencyjna. Być może różnica między nami wynika po prostu z zupełnie innego wykształcenia. Björk jest znakomitym muzykiem w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, a ja nawet nie potrafię grać na żadnym instrumencie. Tata żartuje zresztą często, że to mój największy atut, bowiem dzięki temu mogę myśleć niekonwencjonalnie, poza schematami, które ograniczają profesjonalnych muzyków. Inspirację czerpię raczej z malarstwa i literatury. Dla mnie „komponowanie” to po prostu nagrywanie na dyktafon wymyślonych melodyjek oraz przeszukiwanie komputerowej biblioteki brzmień.

No właśnie, powiedz więcej o swoich pozamuzycznych inspiracjach. Skończyłaś przecież studia aktorskie.


Dorastałem w otoczeniu muzyki, więc siłą rzeczy stała się ona bardzo ważną częścią mojego życia. W młodości nie sądziłam jednak, że będę się nią zajmować zawodowo. Chciałam zostać aktorką i taką drogę edukacji obrałam. W swej naiwności nie zdawałam sobie sprawy, że będę narzędziem w rękach reżysera, scenarzysty i wielu innych ludzi. A w swoich piosenkach gram główną rolę, będąc jednocześnie pierwszym reżyserem, scenarzystą i producentem. Najpierw piszę tekst i od niego wszystko się zaczyna. Potem wcielam się w rolę, która z niego wynika. Następnie zaczyna się etap stricte muzyczny, który najwięcej ma wspólnego z malarstwem. Tekst zawiera w sobie nie tylko rytm i melodię, które niemal od początku słyszę, ale także gotowe obrazy i emocje. Puszczam więc wodze fantazji. Jestem w pomieszczeniu czy na świeżym powietrzu? Jest zimno, czy ciepło? Jaki panuje nastrój w otoczeniu? Chwilami pewne rzeczy czy emocje jawią mi się po prostu jako konkretne instrumenty lub brzmienia: ten stolik „brzmi” jak altówka, a lampka to elektroniczny hałas. Oczywiście najważniejszym etapem jest produkcja. Gdy miksuję dźwięki, po prostu rozkwitam. Tworzę wtedy niemalże trójwymiarowe obrazy: każde kolejne odsłuchanie albumu przenosi odbiorcę w kolejny plan, za każdym razem widzimy nowe, głębiej ukryte dźwięki.  

W ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat muzyka skandynawska zdobyła na świecie wyjątkową pozycję. Z jednej strony mamy Twojego ojca, Jana Garbarka, oraz Nillsa Pettera Molvaeera i całą scenę nu jazzową. Z drugiej - dwie rewolucjonistki współczesnego popu: ciebie oraz Björk. Jest jeszcze genialny islandzki rock, a młodzi kompozytorzy z Północy, jak Kaija Saariaho czy Magnus Lindberg, należą do najpopularniejszych gości festiwali muzyki współczesnej. Jakie są źródła tego przełomu?

Myślę, że złożyło się na to wiele przyczyn. Przede wszystkim jednak rozwój technologii oraz masowej komunikacji, zwłaszcza internetu. Dzięki temu każdy może dziś stworzyć studio nagraniowe we własnej sypialni, a następnie podzielić się swoją muzyką ze słuchaczami na całym świecie. Wiem o tym z pierwszej ręki, bowiem mój mąż jest reżyserem dźwięku w „starym stylu”: zawsze pracował z taśmami i fachowym sprzętem, a dziś nie ma już zapotrzebowania na jego umiejętności. Wszystko to zadecydowało o przełamaniu anglosaskiego monopolu na scenie muzyki popularnej, który trwał niemal pół wieku. Tym bardziej nie rozumiem, dlaczego Polska zajmuje dziś marginalne miejsce w światowej kulturze. Przecież w latach sześćdziesiątych większość ważnych zjawisk w muzyce poważnej, jazzie, animacji czy sztukach plastycznych pochodziła właśnie z waszego kraju!  

A na czym polega specyfika twórczości skandynawskiej?

Odpowiedź wydaje się oczywista. To kwestia klimatu oraz surowego północnego krajobrazu: ostrych fiordów, spiczastych lasów, zalegającego przez większość roku śniegu. Stąd zdaje się wynikać owa melancholia i chłód, które obecne są zarówno w muzyce mojej, jak i mojego Taty. Na całym świecie żartuje się ze „skandynawskiej depresji” wynikającej z niedoboru słońca i jest w tym coś na rzeczy. Wystarczy poczytać dramaty Ibsena albo zapoznać się z mitologią skandynawską. Pamiętam, jak sama w dzieciństwie przemierzałam zaspy śnieżne w drodze do szkoły. Towarzyszyła mi wtedy mieszanina zachwytu i głębokiego smutku.  

A wracając do masowej komunikacji i kulturowej globalizacji: czy nie widzisz w tym pewnego zagrożenia? Czy nie dochodzi przez to do zaniku kultur lokalnych oraz narodowych z całych ich kolorytem oraz różnorodnością? Twórczość Twoja, a zwłaszcza Twojego ojca zdają się tego najlepszym przykładem. Przecież Jan Garbarek równie chętnie grywa z muzykami azjatyckimi, co z Hilliard Ensemble, zespołem wykonującym muzykę wokalną europejskiego średniowiecza...

Twórcy są dziś skazani na eklektyzm. Po prostu za dużo wiemy o współczesnym świecie i nie możemy temu zaprzeczyć. Stylistyczny puryzm stał się więzieniem. Granie „czystego” jazzu czy rocka było możliwe w latach sześćdziesiątych, ale nie teraz. Ten nadmiar informacji wprawia zresztą wielu ludzi w poczucie chaosu, prowadząc do różnych form fundamentalizmu – narodowego, religijnego czy politycznego. Ale moi zdaniem nic nie odwróci tego procesu.

A jak w tym kontekście jawi ci się Polska? Twój dziadek od strony ojca wyemigrował do Skandynawii właśnie stąd.


Nie będę ukrywała, że bardzo mało wiem o Polsce. To będzie moja druga trasa w Waszym kraju! W domu nie kultywowaliśmy ani polskich obyczajów, ani polskiej kuchni. Z drugiej strony w Norwegii – kraju ludzi chłodnych i zdystansowanych – od zawsze czułam się ze swoim ogromnym temperamentem wyobcowana. Zrozumiałam, gdzie naprawdę są moje korzenie, gdy dziadek w wieku kilkunastu lat zabrał mnie po raz pierwszy do Polski. Wciąż wspominam całkiem obcą kobietę, która wtedy wzięła mnie za rękę i śpiewała jakieś piosenki. Na Północy byłoby to nie do pomyślenia...

Rozmawiał Michał Mendyk
 

Anja Garbarek 23.06, Koszalin; 24.06, Kędzierzyn – Kożle; 26.06, Szczecin 

 

Strona internetowa Anji Garbarek

 

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj