Małe sprawy wielkiej wagi
Alexander Payne dla „Polityki”: „Przesilenie zimowe” miało pod górkę. Ale mam jeden klucz do sukcesu
ARTUR ZABORSKI: – Głównym bohaterem pańskiego filmu jest Paul Hunham, historyk, za którym uczniowie, delikatnie mówiąc, nie przepadają. Wśród pańskich nauczycieli był z kolei Jerzy Antczak, który wykładał w szkole filmowej w Los Angeles. Jak pan wspomina ludzi, którzy mieli wpływ na pańską edukację?
ALEXANDER PAYNE: – Pomysł na „Przesilenie zimowe” wziął się właśnie ze wspomnień związanych z jednym z moich nauczycieli. Uczył nas łaciny w pierwszej i drugiej klasie liceum. Był bardzo rygorystyczny, stosował tę formę nauczania, która dawno już wyparowała ze szkolnych murów. Ludzie go nie znosili. Doprowadzał uczniów do płaczu na lekcjach, ale jednocześnie był niesamowicie skutecznym pedagogiem.
Metody Paula też są kontrowersyjne, ale wyników odmówić mu nie można. To taki nauczyciel, który wkurza, ale jednocześnie budzi respekt.
Mój nauczyciel był okrutny podczas lekcji, a po wyjściu ze szkolnych murów zamieniał się w najmilszego człowieka na świecie. Odegrał w moim życiu dużą rolę, bo pokazał mi, że za to, żeby mieć dyscyplinę na lekcjach, jest w stanie zapłacić cenę bycia nielubianym przez swoich uczniów. Słuchaliśmy go, bo się go baliśmy, dyscyplinował nas poprzez strach. Myślał, że to będzie dla nas najlepsze.
Ciekawe, że inspiracją do powstania filmu była pańska prywatna historia. Bo przecież w odróżnieniu od wcześniejszych pańskich dokonań przy „Przesileniu zimowym” skorzystał pan z tekstu innego scenarzysty, Davida Hemingsona.
To była naprawdę wielka ulga, że nie musiałem znów sam dla siebie pisać. Co nie zmienia faktu, że czytałem wszystkie drafty i przepisywałem je pod siebie. Jednak komfort tej pracy polegał na tym, że nie dochodziło do sytuacji, kiedy miałem przed oczami pustą kartkę.