Osoby czytające wydania polityki

Wiarygodność w czasach niepewności

Wypróbuj za 11,90 zł!

Subskrybuj
Kultura

Ojczyzna i ojcowizna

Nowi „Sami swoi”. Powiedzmy szczerze: to nie jest komedia. Bardziej wzrusza, niż śmieszy

Od lewej: Władysław Kargul (Karol Dziuba) i Kazimierz Pawlak (Adam Bobik) za młodu Od lewej: Władysław Kargul (Karol Dziuba) i Kazimierz Pawlak (Adam Bobik) za młodu Jarosław Sosiński
Kargul i Pawlak wrócili na ekrany w filmie „Sami swoi. Początek” po 47 latach od premiery ostatniej części legendarnej trylogii Sylwestra Chęcińskiego i Andrzeja Mularczyka. Mało tu komedii, niewiele też śladów nowego spojrzenia na ludową historię.
Artur Żmijewski zadebiutował jako reżyser filmowy.Paweł Przybyszewski/Forum Artur Żmijewski zadebiutował jako reżyser filmowy.

Dla porządku przypomnijmy. Skromna, czarno-biała komedia „Sami swoi” miała premierę w 1967 r. i nie wróżono jej wielkiego sukcesu. A przecież zastarzały konflikt między dwiema rodzinami z Podola przesiedlonymi tuż po wojnie na Dolny Śląsk, romansowy wątek Witii Pawlaka i Jadźki Kargulówny, oswajanie obcej krainy przez zabużańskich migrantów plus perypetie wynikające z wprowadzania nowego porządku przez władzę ludową – z powodów cenzuralnych bardziej sugerowane niż pokazane – niosły duży potencjał komediowy. Do tego dochodziły znakomite role Wacława Kowalskiego (Kaźmierza Pawlaka) i Władysława Hańczy (Władka Kargula).

Recenzenci trochę narzekali na wykorzystywanie utartych schematów. Pisano, że Witia i Jadźka to kolejne, tym razem komediowe, więc zdegradowane, powtórzenie Romea i Julii, a spór o miedzę, od którego bierze początek cała fabuła, przypomina – na co zwrócił uwagę Krzysztof Teodor Toeplitz – Fredrowską „Zemstę”. Publiczność miała jednak inne odczucia. Film stał się frekwencyjnym przebojem. Żywe do dziś dialogi („Sąd sądem, ale sprawiedliwość musi być po naszej stronie”) weszły do języka potocznego, a ostatnio nawet nabrały ciekawej aktualności. W efekcie, już w epoce gierkowskiej, nakręcono kolejne dwa filmy o Pawlakach i Kargulach („Nie ma mocnych” w 1974 r. i „Kochaj albo rzuć” z 1977 r.) nie tak udane jak „Sami swoi”, ale przyjęte z sympatią.

Emocja wygasła

Mam w tej sprawie osobiste wrażenia. Kiedy „Sami swoi” pojawili się w kinach, moja mama, „repatriantka” – jak się oficjalnie mawiało – spod Baranowicz, odebrała ten fakt jako rodzaj małego zadośćuczynienia, symbolicznego i jakoś tam oficjalnego uznania, że są polscy obywatele, którzy zostali zmuszeni do opuszczenia rodzinnych stron z wyroku wielkiej polityki.

Polityka 9.2024 (3453) z dnia 20.02.2024; Kultura; s. 84
Oryginalny tytuł tekstu: "Ojczyzna i ojcowizna"
Reklama