Obecność nieobecnych
Hanna Krall dla „Polityki”: To moja piąta ostatnia książka. Ktoś ciągle przychodzi z opowieścią
JUSTYNA SOBOLEWSKA: – Pani nowa książka jest ilustrowana, ale rysunki Zbigniewa Libery to właściwie równoległa opowieść.
HANNA KRALL: – Taki był pomysł, żeby opowiedzieć o tym samym na różne sposoby. Zaprosiłam Zbigniewa Liberę, przeczytałam kilka tekstów, powiedział, że leci rysować. Przychodził, pokazywał, co narysował, i te jego rysunki żyły, co innego znaczyły w różnych chwilach i dniach. Teraz wyglądam przez okno i widzę za oknem rysunek Libery, niebo, chmury, jakiś dach. I to nie jest naciągane, że świat naśladuje sztukę, po prostu gołym okiem to widać.
Dwie opowieści o tym samym, czyli o czym? O zabijaniu?
Może o tym, że człowiek niczego się nie uczy. Historia to, jak w filmie, ogólny plan, rozległa panorama. Reportaż to zbliżenie. Inkwizycja to też ogólny plan, a reporterskie zbliżenie to historia procesu Isabel Lopez, o którym piszę w książce. Zachowały się protokoły z jej procesu. Czytałam w „Commentary Magazine” duży tekst o Isabel dawno temu, ale wróciłam do niej, kiedy przeczytałam rozmowę z Claudią Wise, współczesną Amerykanką z Seattle. Opowiadała, że przychodzi do niej dziewczynka, nie daje jej spokoju i domaga się, żeby czytać o jej spalonej na stosie matce. Pomyślałam: chyba znam tę dziewczynkę. Do mnie przez całe życie przychodzą takie, namolne trochę i zawsze ośmioletnie.
Czym są te dziewczynki? Dybukami?
Pamięcią? Która żyje w nas? Te dziewczynki mi po prostu towarzyszą, bo jestem jedną z nich, bo podczas drugiej wojny światowej zawsze miałam osiem lat. Bo wiedzą, że są mi bliskie i że je zrozumiem. Czytam o XV-wiecznej Kordobie, od której pogrom się zaczął. To nie może być przypadek.
Czytaj też: