Z batutą wśród smyków
Muzyka poważna dla dzieci? Tu liczy się dialog. „Traktujemy koncerty jak plac zabaw”
MARIUSZ HERMA: – Czego od muzyków oczekują dzieci?
WOUTER VAN LOOY: – Chcą mieć poczucie, że ich obecność ma znaczenie, że nie są tylko kolejnym numerkiem na sali, posadzonym gdzieś daleko od wykonawcy. Chcą, żeby między osobą na scenie a nimi prowadzony był dialog. Komunikacja powinna być dwukierunkowa. Szukają też szczerości. Dlatego szybko zauważają, gdy ktoś za bardzo próbuje ich zabawiać, aby utrzymać ich uwagę. Uważają to za dziecinne. Wolą kogoś, kto powie wprost: „Jestem muzykiem i teraz dla was zagram”, bez błaznowania na scenie. Dlatego wypracowałem formułę „Jeden na jednego”, w której jeden muzyk występuje dla jednego odbiorcy.
Jak to wygląda?
Dziecko siada na krześle naprzeciwko wykonawcy, obraca stojącą na stoliku klepsydrę, a muzyk zaczyna grać. Całkowicie improwizuje, utrzymując ze swoim odbiorcą kontakt wzrokowy – i czerpiąc z niego inspirację. Trwa to minutę. Następnie koncert się kończy, wchodzi kolejne dziecko i znów obraca klepsydrę. To niezwykle intensywne, ale też bardzo piękne przeżycie, dotykające esencji artystycznego dialogu. Gdy dzieci wstają po tej minucie z krzesła, widać w ich szeroko otwartych oczach, że doświadczyły czegoś wyjątkowego.
Wszystkie znoszą tę intensywność?
Niektóre się chronią, opuszczając wzrok, ale to zrozumiałe. Nie zdarzyło się nam jeszcze, aby któreś wstało i wyszło przed końcem tego jednominutowego występu.
Zajmował się pan z powodzeniem operą jako reżyser, ale od 30 lat skupia przede wszystkim na młodej publiczności. Dlaczego?
Organizowanie koncertów dla dzieci daje wolność, ponieważ pozwala odejść od tradycyjnego ustawienia publiczność–scena. Od tego tradycyjnego ceremoniału związanego z filharmonicznymi koncertami, z wejściem orkiestry, oklaskami na początku, później w przerwach.