Gangster wersja romantyczna
Czasy prohibicji zapisały się w kulturze masowej jako moment narodzin romantycznej legendy największych przestępców minionego stulecia. Ta legenda powraca w hollywoodzkiej ­superprodukcji „Wrogowie publiczni” Michaela Manna.

Wrogami publicznymi nazwano w latach 30. XX w. najgroźniejszych złoczyńców. Jako pierwszy użył tego terminu Frank J. Loesch, prawnik z wydziału ochrony porządku publicznego, ogłaszając w prasie nazwiska chicagowskich gangsterów z Alem Capone na czele. Potem przyjęło się tak określać wszystkich kryminalistów ściganych przez FBI w tamtym okresie. Wrogami publicznymi była m.in. słynna młoda para rabująca banki Bonnie Parker i Clyde Barrow, uwieczniona w kontrowersyjnej balladzie Arthura Penna „Bonnie i Clyde”. A także Katy „Ma” Barker, oskarżona o dowodzenie bandą porywaczy złożoną z jej synów, sportretowana w głośnym kryminale „Bloody Mama” Rogera Cormana. Oraz John Dillinger, nieuchwytny złodziej, najniebezpieczniejszy specjalista od okradania banków, ulubieniec opinii publicznej, którego krótka, lecz burzliwa biografia bywała wielokrotnie opisywana w sensacyjnych widowiskach, m.in. w „High Sierra” Raoula Walsha, „Dillingerze” Maxa Nossecka, „Młodości Dillingera” Terry’ego Morse’a i „Dillingerze” Johna Miliusa. W najnowszej, romantycznej apoteozie gangstera, nakręconej przez Manna, legendarnego rabusia zagrał przystojny Johnny Depp.

Wyciągając broń, wskakując do nowiutkiego błyszczącego Forda z obstawą, chroniąc się przed strzałami federalnych agentów, dowcipnie ripostując na słowne zaczepki policjantów, Depp nie gra psychopaty, lecz łagodnego, uprzejmego, emanującego seksapilem mężczyznę w stylu eleganckiego przedsiębiorcy, który z pewnością miałby szansę zajść bardzo wysoko. Pech polega na tym, że otacza się niewłaściwymi ludźmi: bandziorami, prostytutkami, zdrajcami. Oprócz nielojalnych kompanów zagraża mu chicagowski gang dowodzony przez Franka Nittiego, nie wspominając już o posługujących się mafijnymi metodami agentach FBI, nasłanych przez szefa biura śledczego Johna Edgara Hoovera. I to oni razem do spółki: wszelkiej maści degeneraci oraz bezwzględni stróże prawa, zostają przewrotnie wciągnięci przez reżysera na tytułową listę wrogów publicznych, walczących przeciwko inteligentnemu zabójcy, który w końcu pada ofiarą „damy w czerwieni”, rumuńskiej imigrantki prowadzącej burdel w Chicago. Kobieta zgadza się go wydać, unikając w ten sposób deportacji.

Strasznie piękny świat 

Mann mitologizuje świat bezprawia, przypisując mu cechy piękna, dobra, szlachetności – podobnie jak Barry Levinson w „Bugsy” lub Sergio Leone w „Dawno temu w Ameryce”. Fascynuje go grzeszne połączenie zbrodni i elegancji, czemu daje wyraz w poetycko-dokumentalnym sposobie realizacji. Stroje w jego filmie są wytworne, wnętrza wystylizowane, z luf pistoletów obowiązkowo unosi się dym, polujący na Dillingera agenci wyglądają na zdeterminowanych twardzieli. Na naiwne pytanie kochanki, do czego dąży, Depp uwodzicielskim tonem odpowiada: chcę wszystkiego i to zaraz. Nie wydaje się wówczas odrażającym typem, który w ciągu 13 miesięcy zastrzelił kilku policjantów, okradł dwa tuziny banków, napadł na cztery komisariaty i dwukrotnie uciekł z więzienia. Jest samotnym rycerzem, otoczonym wrogą, mroczną rzeczywistością.

 

Wskrzeszając romantyczny mit gangstera Mann nie dodaje niczego szczególnego od siebie. Opowiadając znaną powszechnie historię, nasyca ją elegijnym tonem. Skoro wiadomo, jak się to wszystko kończy, tworzy coś w rodzaju przestępczej pasji. Pytanie tylko po co? Z tego m.in. powodu amerykańska krytyka nie była zachwycona filmem, chwaląc go jedynie za walory warsztatowe. Pisano o straconej szansie powiedzenia czegoś ciekawego o człowieku, który rozpoczynał karierę od kradzieży samochodów i drobnych włamań do sklepów w rodzinnym Indianapolis. A skończył zastrzelony w spektakularny sposób przez agentów FBI, gdy miał zaledwie 31 lat.

Scenariusz „Wrogów publicznych” powstał na podstawie dobrze udokumentowanej monografii Bryana Burrougha, opublikowanej pięć lat temu, zawierającej szeroką panoramę losów Pretty Boy Floyda, Baby Face Nelsona oraz całej przestępczej menażerii złotej ery. Autor „Gorączki” i „Miami Vice” wolał jednak skupić się tylko na popularnej postaci Dillingera. Eliminując w zasadzie tło. Podobnie jak wielu innych przed nim filmowców, nie zadając głębszych pytań, skąd się to wszystko wzięło i dlaczego akurat wtedy. Wcale nie mniej ciekawych od wyczynów zdradzonego gangstera.

Chicago było wówczas jednym z najszybciej rozwijających się gospodarczo miast w Stanach. Ciągnęły tam legiony imigrantów spragnionych pracy i szybkiego wzbogacenia się. Głównie niewykształconych Włochów z biednego Południa, Sycylii oraz Polaków. Większość tolerowała gry hazardowe, prostytucję, nielegalny handel, pijaństwo, a zwłaszcza korupcję, postrzeganą nie jako występek, tylko oznakę przynależności do lepszego świata. Próby ukrócenia tych niecnych praktyk napotykały opór i tłumaczenie, że przecież wszystko jest dla ludzi. Właściciele salonów, hazardziści, przemytnicy mieli swój sposób na podtrzymanie bezprawia. Wystawiali w wyborach sprzedajnych polityków, którzy z reguły zyskiwali poparcie robotniczego elektoratu.

Na początku XX w. Chicago cieszyło się sławą najbardziej skorumpowanego i niemoralnego miejsca w Ameryce. Odsetek popełnianych tam przestępstw był najwyższy. Słabość policji powszechnie znana. Wprowadzona pod koniec 1920 r. prohibicja przyspieszyła proces degeneracji miasta. Zakaz produkcji, sprzedaży i transportu napojów o zawartości alkoholu większej niż pół procenta okazał się darem z niebios dla rozzuchwalonych gangsterów, którzy opanowali biznes przynoszący im niewiarygodne zyski.

(Prze)Mocny pomysł na życie

Trzynastoletni okres prohibicji zmienił całkowicie styl uprawiania przestępczości w Ameryce. Wytworzył się nowy gatunek przestępcy. Z chętnego do bijatyki ulicznego chuligana, żyjącego z lichwy i wymuszeń, przekształcił się w twardego, przebiegłego menedżera, prowadzącego interesy w wielu środowiskach. Musiał być dostatecznie elegancki, żeby poruszać się w wyższych sferach, a zarazem na tyle cyniczny, by zabijać bez zmrużenia oka. Gangster wyższej ligi stanowił idealną mieszankę wdzięku i przemocy, blefu i brawury, wyrafinowania i brutalności. Na co dzień porządny ojciec rodziny, dobroczyńca miejscowych organizacji charytatywnych, co niedziela chodzący do kościoła, w istocie hazardzista i morderca.

Perspektywy zarabiania w błyskawicznym tempie milionów dolarów skłoniły niektórych do podjęcia kroków w celu uporządkowania przestępczego podziemia. Spontanicznie działające uliczne gangi, zajmujące się zbieraniem haraczy, napadami, kradzieżami, sprzedażą narkotyków i oszustwami, przegrupowano w duże, sprawne przedsiębiorstwa, zarządzane żelazną ręką przez samozwańczych bossów. Terytoria, na których grasowały bandy, podzielono na strefy wpływów. Poszczególne klany nazwano rodzinami. Stowarzyszeniom zbirów zakazano walczyć między sobą. Zaoferowano pomoc tym, którzy odsiadywali wyroki, pośredniczono w rozwiązywaniu sporów między żołnierzami, zaczęto opłacać adwokatów itd. Docelowo chodziło o to, by zorganizowana przestępczość przestała być postrachem miast i przeistoczyła się w wielki, zyskowny amerykański przemysł.

W Chicago pierwszy wpadł na ten pomysł John Torrio, legendarny kryminalista, zarządca m.in. największych domów publicznych i szulerni przy 22 Avenue. To on zorganizował regularny przemyt alkoholu z Kanady, założył sieć tajnych browarów i knajp z wyszynkiem, a zadanie przerobienia bandytów na zdyscyplinowanych biznesmenów powierzył swemu najbardziej zaufanemu człowiekowi Alphonso Capone. Gdy okazało się, że porozumienie między bandami, oparte na zasadach pokojowego współistnienia, nie jest możliwe, Torrio wycofał się z tworzenia bimbrowniczego kartelu, przekazując władzę pozbawionemu skrupułów Capone.

Nie chcemy żadnych kłopotów – tak brzmiało hasło Capone, okrzykniętego w 1930 r. wrogiem publicznym numer jeden przez dziennik „Chicago Tribune”. Razem z nim na liście najgroźniejszych i najbardziej wpływowych gangsterów ery prohibicji znalazło się jeszcze 10 innych, w tym jego brat Ralph. Nikt nie miał jednak wątpliwości, że to właśnie Al jest królem podziemia, odpowiedzialnym za dziesiątki brutalnych egzekucji wykonanych z jego polecenia. Znany z dzikiego temperamentu, nagłych wybuchów wściekłości i nieoczekiwanej hojności Capone zaczynał od posady barmana i wykidajły w restauracji Harvard Inn na Brooklinie. Później, będąc prawą ręką Torrio, odpowiedzialny był za ściąganie haraczy i transport alkoholu, zabłysnął jako strateg przestępczego imperium, bezwzględnie podporządkowując sobie wrogie gangi. Wypowiadając wojnę potężnym przeciwnikom: Jamesowi Colosimo ps. Big Jim, Charlesowi O’Banionowi oraz George’owi Moranowi ps. Bugs, nie przebierał w środkach, czego symbolem stał się mord 14 lutego 1929 r., zwany masakrą w dniu św. Walentego. Zginęło wtedy osiem osób. Ich ciała zostały podziurawione z broni maszynowej jak sito. Lawinowo rosnąca liczba morderstw (w samym hrabstwie Cook w 1925 r. ginęła średnio jedna osoba dziennie) wstrząsnęła opinią publiczną do tego stopnia, że zaczęto wyrażać obawy, iż całe Stany Zjednoczone upodobnią się do Chicago.

W Nowym Jorku ojcem założycielem nowoczesnej, działającej na korporacyjnych zasadach, zorganizowanej przestępczości był Arnold Rothstein, zwany Mojżeszem podziemia. Wielkich pieniędzy dorobił się na hazardzie, w tym na grze w kości i wyścigach konnych. Obdarzony fantazją oraz zmysłem do interesów, sprowadzał whisky bezpośrednio z Anglii. Kutry rozładowywano na plaży w Montauk, a sznur ciężarówek z towarem, swobodnie mijający zajętą akurat czym innym policję, obierał kierunek wprost na Manhattan. Schedę po śmierci Rothsteina (w 1928 r. został zastrzelony przez szulera, któremu nie spłacił długu) objął włosko-żydowski duet Charles Luciano, ps. Lucky i Meyer Lansky.

Gangster: i udręka, i ekstaza 

Przyjaźń Luciano i Lansky’ego stanowiła przełom w odwiecznej rywalizacji nowojorskich gangów, respektujących podziały etniczne, odziedziczone ze starego świata. Kiedy znaczna część Amerykanów była nadmiernie wyczulona na kwestie pochodzenia i religii, ci dwaj zdołali wznieść się ponad te sprawy. Wierzyli, że w Ameryce można mieć brata zrodzonego z jakichkolwiek rodziców, w dowolnym domu. Po wygranej wojnie z Joe Masserią ps. The Boss i Salvatore Maranzano, czyli z mafią sycylijską, ich wynalazkiem było nie tylko zacieśnienie współpracy żydowskich i włoskich gangsterów, ale także powołanie międzynarodowego syndykatu zbrodni – zbrojnego ramienia przestępczych rodzin, plutonu egzekucyjnego wykonującego zabójstwa na zlecenie.

Paradoksalnie, mimo wielu odrażających rabunków i mordów, gangsterom towarzyszyła w tamtych latach nieustanna aura ekscytacji, podziwu, niemal uwielbienia. Społeczeństwo bało się przemocy, jednocześnie idealizowało bandytów, widząc w nich mniejsze zło, chroniące przed jeszcze gorszą władzą. Być może zadziałała tu przeniesiona z południowych Włoch tradycja okazywania szacunku tym, którzy aby coś osiągnąć, wybrali drogę przestępstwa. Nie bez znaczenia był też powszechny brak zaufania do amerykańskiego prawa i wymiaru sprawiedliwości. Gangsterzy odnosili finansowe sukcesy, imponowali odwagą, prowadzili zakrojone na szeroką skalę interesy, potrafili przeciwstawić się wszechmocy państwa, ograniczającego wolność absurdalnymi zakazami choćby właśnie picia alkoholu. Gazety rozpisywały się o ich wyczynach, często kibicując ich ucieczkom przed policją, ekscytując się spektakularnymi akcjami i porachunkami. Prohibicja dodatkowo zamazała granicę między przestępstwem a czynem chwalebnym, czyniąc ją niewyraźną i nierzeczywistą. Wprowadziła gangsterów na salony, gdzie zaczęli pełnić funkcję bohaterów masowej wyobraźni. Reszty dokonało kino i kultura popularna.

Heroizacji przestępców sprzyjał też Wielki Kryzys, który dopadł amerykańską gospodarkę w 1929 r. Produkcja przemysłowa spadła wtedy o połowę. Bezrobocie sięgnęło 25 proc. 2 mln ludzi przemierzały kraj w poszukiwaniu pracy. Właściciele fabryk zawsze bali się strajków, więc aby im zapobiec, mieli zwyczaj wynajmować gangsterów do pomocy. Przywódcy związkowi robili to samo, chyba skuteczniej, skoro bandyci zmienili w końcu front i zaczęli pracować tylko dla strajkujących, zapewniając im ochronę i obrzydzając życie fabrykantom poprzez wzniecanie pożarów, rzucanie kamieniami, podkładanie bomb.

Sympatią ogółu cieszyli się kryminaliści, uciekinierzy z więzienia, drobni przestępcy poszukiwani przez policję, którzy grasowali głównie na prowincji i byli utożsamiani z ofiarami kapitalistycznego systemu. Zdesperowani, pozbawieni środków do życia, kierując się szlachetnymi pobudkami, lądowali w końcu w przestępczym półświatku, ucieleśniając mit o upadku Ikara. Jednym z nich był właśnie bohater filmu Michaela Manna. Legenda głosi, że nienadążając z wydawaniem zrabowanych pieniędzy, Dillinger dzielił się nimi z biedakami, co dało mu przydomek współczesnego Robin Hooda. Ludzie go kochali, bo walczył przeciwko temu, co gnębiło przeciętnego obywatela. A tragiczny finał tych zmagań przysporzył mu tylko chwały.

Kino gangsterskie niemal od samego początku odpowiadało na to zbiorowe uwielbienie. Budziło z okrutnego snu, przywracało elementarne poczucie sprawiedliwości. I to wystarczyło, by zahipnotyzowana publiczność znów poczuła dreszczyk emocji, podtrzymujący wiarę w Amerykę jako kraj wielkiej szansy.
 

Czytaj także

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną