Rozmowa z Alainem Mabanckou

Nobel dla Kapuścińskiego
Kongijski pisarz Alain Mabanckou opowiada o Afryce, zmianach w świadomości literackiej Francuzów, Nagrodzie Nobla dla Ryszarda Kapuścińskiego i swoim długu wobec niego.

Alain, podobno nie lubisz, gdy nazywa się ciebie pisarzem afrykańskim. Trudno się temu zresztą dziwić, bo twoje powieści najeżone są cytatami z klasyki europejskiej  i południowoamerykańskiej (Dostojewski, Kafka, Hesse, Llosa, Marquez, Salinger, itd.), a aktualnie wykładasz na UCLA w Kalifornii. Można powiedzieć, że jesteś obywatelem świata i pisarzem francuskojęzycznym. Jakbyś sam siebie określił?

Nazwałbym siebie obywatelem świata, ale też nigdy nie zapominam, że pochodzę z Republiki Konga. Wiem, że jeśli nawet próbuję objąć świat, to tylko w celu pozostania sobą, rdzennym Kongijczykiem. Jak to mawiamy w naszym kraju: „gorąca woda nigdy nie zapomina, że wcześniej była zimna" albo też „kłoda w wodzie nigdy nie stanie się krokodylem".

Kongo w „Kielonku" i „African Psycho" jest jedynie tłem dla historii, którą opowiadasz. Bieda, ogromne nierówności społeczne, okrutna władza, czarownicy - niewiele ponadto da się wyczytać z obrazu Konga, jaki kreślisz. Czy zgodzisz się z tym, że akcja Twoich powieści mogłaby rozgrywać się gdziekolwiek indziej czy też lokalny koloryt jest dla Ciebie bardzo istotny?

Tak, zgadzam się. Na tym polega siła fikcji: kreujesz inny świat, w którym ludzie mogą rozpoznać także siebie. Nawet jeśli mówię o swoim własnym doświadczeniu, jestem całkowicie pewien, że - dla przykładu - ludzie w Polsce czują to samo. Choćby z tego powodu, że kładę duży nacisk na indywidualność moich postaci, na sposób, w jaki radzą sobie ze światem w różnych jego odmianach. Bieda, przestępczość, nierówności społeczne od dłuższego czasu są głównymi problemami wszystkich społeczeństw. Główny bohater mojej powieści, Kielonek (ang. Broken Glass - przyp. kc), jest człowiekiem złamanym (broken - przyp. kc) ze względu na zasady, które rządzą społeczeństwem. Jednak ma nadzieję na pokonanie swoich problemów, szerząc miłość i wysłuchując wszystkich. Lubi czytać - dla niego literatura jest podróżą po innych kulturach. Dlatego moje książki nie są napisane jedynie dla ludzi z Konga, lecz także dla wszystkich, którzy myślą, że możemy żyć innym życiem, zmieniać świat, dzielić te same marzenia.

W „Kielonku" cytujesz przede wszystkim dawnych mistrzów: Céline'a, de Musseta, Pereca. Z najnowszych pisarzy francuskich pojawia się tylko Michel Houellebecq. Co myślisz o współczesnej literaturze francuskiej?

Współczesna literatura francuska musi się trochę zmienić. Urodziłem się w Kongu, gdzie mówimy po francusku. Jesteśmy nazywani „frankofońskimi pisarzami". Nie widzę jednak różnicy między nami, a „francuskimi pisarzami", bo przecież wszyscy piszemy po francusku i publikujemy nasze książki w Paryżu. Jednak między literaturą frankofońską a francuską istnieje coś w rodzaju dyskryminacji. Francuzi nie rozumieją, że obie literatury są sobie równe, od kiedy zostaliśmy przez nich skolonizowani. Problem więc wciąż istnieje i polega na tym, jak przekonać Francuzów do tego, że dzisiejsza literatura jest tworzona przez ludzi, którzy się tam nie urodzili, lecz język francuski także jest ich naturalnym środowiskiem. Przykładów jest wiele: wspaniały Tahar Ben Jelloun (urodzony w Maroku), Andreï Makine (pochodzący z Rosji), Lyonnel Trouillot z Haiti, czy nawet Samuel Beckett. Ci pisarze reprezentują literaturę francuską. Musimy to zaakceptować. Zresztą, zmiana już nadchodzi. W 2006 roku trzech pisarzy urodzonych zagranicą dostało prestiżowe nagrody literackie: Jonathan Littell z USA otrzymał Nagrodę Goncourtów, Léonora Miano z Kamerunu dostała także Nagrodę Goncourtów dla młodych pisarzy (Prix Goncourt des Lycéens, przyznawana przez licealistów - przyp. kc), a ja wygrałem Nagrodę Renaudota. To było jak trzęsienie ziemi, bo ludzie we Francji nie są przyzwyczajeni do tego, że te prestiżowe nagrody przyznaje się komuś, kto nie urodził się tutaj. Wtedy pomyślałem: coś się zmienia, Francja zrozumiała, że jesteśmy częścią jej literatury.

Wydaje się, że najbliżej Ci do Céline'a, nieprzypadkowo zresztą knajpa w „Kielonku" nazywa się „Śmierć kredytom". Osiągnąłeś tam coś, co sam nazwałeś „słowami koślawymi, stylem szarpanym". Podobnie jak Céline próbujesz zrewolucjonizować francuski język literacki, złamać go, jak powiedziałeś w wywiadzie dla „Guardiana". Czy sposobem na rewolucję jest kongijski francuski z „Kielonka"?

Lubię Céline'a, to wielki pisarz. Lektura jego książek zmieniła mój sposób pisania. Dzięki Cécline'owi powiedziałem sobie: muszę pisać tak, jak ludzie w Kongu mówią. Ale trzeba też uwzględnić coś innego: wściekłość i wrzask świata. Dlatego właśnie jestem uzależniony od prozy latynoamerykańskiej: z powodu magii, fabuły i sposobu wykorzystania realizmu. Moja proza jest więc mieszaniną kultur zewsząd, ze swymi kongijskimi korzeniami. Muszę usłyszeć to, co piszę i napisać to w taki sposób, w jaki ludzie mówią na mojej ulicy. Wiem jednak, że muszę uważać na wulgaryzmy. Nie mam też zamiaru sprzedawać egzotycznej literatury, żeby zadowolić europejskich czytelników, którzy czegoś takiego szukają. To znaczy, że muszę wynaleźć mój język, nawet jeśli oznaczałoby to odwrót od naszego sposobu mówienia w Kongu.

Czy sądzisz, że literatura francuska może, podobnie jak to stało się z literaturą angielską, wiele zyskać na pisarzach z byłych kolonii? Czy w tym należy upatrywać ratunku dla podupadłej francuskiej powieści, która ma przecież tak znakomite tradycje?

Tak, oczywiście. Wszyscy piszemy po francusku. Świat anglosaski nie oddziela literatury angielskiej napisanej w Anglii od tej, którą tworzą ludzie z Nigerii, Ghany, Indii. Dlatego mają znakomitych pisarzy, jak Salman Rushdie, czy nobliści V. S. Naipaul i Wole Soyinka. Francja wciąż nosi w sobie wspomnienie kolonizacji, co owocuje czymś w rodzaju kompleksu wyższości. To wielki błąd, ponieważ na świecie wielu rozpoznawalnych pisarzy piszących po francusku nie jest rdzennymi Francuzami, dla przykładu Edouard Glissant, Aimé Césaire (obaj z Martyniki), Léopold Senghor (Senegal), Amin Maalouf (Liban), Maryse Condé (Gwadelupa), itd. Powinniśmy na nowo - i najszybciej, jak to możliwe - rozważyć pojęcie „literatury francuskiej".

Co w takim razie sądzisz o krytyce postkolonialnej?

Krytyka postkolonialna jest bardzo rozwinięta w Stanach Zjednoczonych. Dlatego też, jeśli chcemy zrozumieć doniosłość literatury frankofońskiej, powinniśmy zainteresować się pracami tamtejszych naukowców. Krytyka postkolonialna próbuje zdefiniować rolę ludzi z byłych kolonii w przemianach, jakie zachodzą w ostatnim czasie na świecie. Jako pisarz jestem częścią tego nurtu. Uważam, że powinniśmy czytać literaturę frankofońską, żeby zrozumieć, że bohater współczesnej prozy jest człowiekiem postkolonialnym.

Tytuł powieści „African Psycho" nawiązuje do książki Breta Eastona Ellisa, jednak moim zdaniem, jeśli do kogoś w niej nawiązujesz, to raczej do Fiodora Dostojewskiego. Gregoire, główny bohater, bliski jest Raskolnikowowi. Obaj należą do kategorii biednych intelektualistów, obaj dokładnie planują morderstwo, obaj nie wytrzymują psychicznie. Czy zgodziłbyś się na tę analogię?

Masz rację. Gdy pisałem tę książkę, miałem w pamięci Dostojewskiego, szczególnie jeśli chodzi o analizę psychiki mojej postaci. Ale w tym samym czasie myślałem też o „American Psycho" Ellisa. Ta powieść jest interesująca, bo pokazuje, że ktoś, kto wygląda normalnie, może się nagle zmienić i zostać mordercą. Chciałem też się trochę pośmiać, stworzyć niezdarną postać, która byłaby zupełnie inna od seryjnego mordercy z amerykańskich filmów.

„African Psycho" to - moim zdaniem - powieść o zracjonalizowanym obłędzie. Gregoire wydaje się zbyt normalny i inteligentny, żeby popełnić morderstwo. Jego tok myślenia jest przerażająco logiczny, przy tym odrzuca wszelkie psychologiczne i socjologiczne implikacje zbrodni. Gdyby nie zakończenie mielibyśmy do czynienia z okrutnym, wyrachowanym morderstwem. To byłaby powieść nie do zniesienia, czy dlatego zamieniłeś ją w farsę?

Tak. Życie też jest rodzajem farsy. Cały czas myślałem o tym, że ludzie, którzy piszą o seryjnych mordercach, pokazują tylko krew i zbrodnie doskonałe. Nie chciałem podjąć tej drogi, gdyby tak było napisałbym coś w rodzaju zbeletryzowanego „Columbo" (choć lubię ten serial). Pytanie, które sobie zadałem, brzmiało: jak napisać o morderstwie bez wyraźnego pokazywania zbrodni, sugerując tylko pewne rzeczy czytelnikowi? To właśnie o tym jest „African Psycho": o prawie-seryjnym mordercy, którego ściga własne marzenie.

Bohaterami Twoich powieści są pijacy, dziwki, nieudacznicy, ludzie z marginesu społecznego. Przywodzi to na myśl „Tajemnice Paryża" Eugeniusza Sue. Co cię pociąga w tych wszystkich przegranych ludziach? Czemu to właśnie ich wybierasz na protagonistów?

Pisanie o porażce jest bardziej ekscytujące niż pisanie o sukcesie. Ciemna strona rzeczy jest bardzo interesująca. Musisz wymyślić, jak twój bohater będzie walczył, by przezwyciężyć swoją sytuację. Teraz odkrywam, że wszystkie moje powieści traktują o niepowodzeniu. Nawet „Kielonek" - bardzo bliski „African Psycho" - może być uznany za książkę o klęsce. W Afryce mieszkałem w mieście, w którym każdego dnia musieliśmy walczyć. Wiem, jak to jest, kiedy ludzie starają się z całych sił poradzić sobie z trudną sytuacją. Te powieści przypominają moje życie: to ciągła walka z najciemniejszą stroną świata.

Wróćmy do Afryki. Którzy pisarze rodem z Afryki są Twoim zdaniem najciekawsi?

Amos Tutuola (1920-1997) z Nigerii jest moim ulubionym pisarzem afrykańskim. Napisał m.in. „Smakosza wina palmowego". Z tego samego kraju pochodzi młody pisarz Uzodinma Iweala, autor „Bestii znikąd". Tahar Ben Jelloun z Maroka i Anouar Benmalek z Algierii to także znakomici pisarze.

Kto najlepiej opisał sposób myślenia Afrykańczyków, który jest przecież zupełnie odmienny od europejskiego?

Moim zdaniem dwaj pisarze: Ahmadou Kourouma z Wybrzeża Kości Słoniowej i Amadou Hampaté Ba z Mali. Obu udało się świetnie opisać kulturę afrykańską, a zarazem nie zapomnieć o tym, co dzieje się na świecie. Piszą o kolonizacji i niepodległości Afryki bez gniewu.

Czyj opis Afryki w literaturze wydaje Ci się najbliższy prawdy?

Ten opis, który podkreśla sposób, w jaki ludzie żyją i marzą. Afryka jest zróżnicowana, więc dobra powieść pokazywać, jak Afrykanin radzi sobie z połączenie własnej kultury z nowym światem. A więc ponownie mógłbym wymienić Kouroumę i Hampatégo.

Jak tradycja „mówiona", tradycja legend afrykańskich - pismo przywieźli tam biali stosunkowo niedawno - wpływa na Ciebie?

Napisałem książkę „Mémoires de porc-épic" („Pamiętniki jeżozwierza" - przyp. kc), w której próbowałem spłacić swój dług wobec tradycji oralnej. Jednak mogę też powiedzieć, że wszystkie moje książki są „mówione". Jestem tym zainteresowany od dzieciństwa, kiedy to moja matka opowiadała mi wiele historii z naszej własnej kultury. Ten wpływ był tak duży, że być może właśnie dlatego zostałem pisarzem.

Ostatnie pytanie, jakie chciałbym zadać dotyczy Ryszarda Kapuścińskiego. Wydaje mi się, że w „Kielonku" cytujesz „Cesarza" (jest tam taka sytuacja z pieskiem dyktatora). Czy znasz jego reportaże i - jeśli tak - to co o nich myślisz?

Kapuściński próbował wyjaśnić świat. Kiedy czytałem po francusku jego „Heban", byłem bardzo zaskoczony tym, jak dobrze zrozumiał Afrykę. Myślę, że to jeden z największych polskich pisarzy i bardzo żałuję, że nie przyznano mu Nagrody Nobla. Dla mnie było on połączeniem między Polską i Afryką. W „Kielonku" próbowałem spłacić swój dług wobec niego.

Aktualności, komentarze

W nowej POLITYCE

Zobacz pełny spis treści »

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj