Recenzja filmu: "Doktryna szoku", reż. Michael Winterbottom

Doktryna szoku
Po ekranizacji książki Naomi Klein: filmowi nietrudno postawić zarzut manipulacji faktami

Tym bardziej że książkę liderki ruchu alterglobalistycznego sfilmował Michael Winterbottom, jeden z najbardziej bezkompromisowych reżyserów brytyjskich, twórca znany nie tylko z upodobania do przekraczania ram gatunkowych, ale i wyraźnie lewicowych poglądów. Jak na radykała, dokument zrobiony jest nader skromnie, metodą archiwalnych wykopiowań z głosem wszystkowiedzącego lektora czytającego komentarz, bez szans na choćby najmniejsze odejście od ideowego przesłania kontrowersyjnej pracy.

Obraz jasno i dobitnie ilustruje tendencyjny wywód o tym, że dziki kapitalizm serwowany jako terapia szokowa w krajach, gdzie poziom życia znacząco się obniżył (Chile po puczu Pinocheta, Polska po stanie wojennym, Rosja Jelcyna), przyniósł biednym społeczeństwom więcej szkód niż pożytku. Gwałtownie rosła inflacja, gospodarki się nie rozwijały, bogaciła się wąska grupa oligarchów, a liczba nędzarzy rosła w tempie geometrycznym.

W newralgicznych momentach z trybuny forum gospodarczego zatroskana Klein dopowiada sedno sprawy. Idzie o zdemaskowanie paskudnej roli Miltona Friedmana i szkoły chicagowskiej w umocnieniu mitu o wolnorynkowych receptach made in USA jako antidotum na wszelkie zło. A tak naprawdę o skompromitowanie strategii podboju i wyzysku bezbronnych, pogrążonych w głębokim kryzysie narodów, przez krwiożercze międzynarodowe koncerny.

Filmowi nietrudno postawić zarzut manipulacji faktami oraz podkręcania rewolucyjnych haseł (precz z kapitalizmem). Niemniej, jak na dzieło mocno zaangażowane, szoku jakoś nie powoduje.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną