Recenzja filmu: "Wschodnie obietnice", reż. David Cronenberg

Wschodnie obietnice
Rasistę cierpiącego na artretyzm i byłego kagiebistę gra tu bardzo przyzwoicie Jerzy Skolimowski.

Kanadyjczyk David Cronenberg, oprócz ulubionej przez niego fantastyki z zacięciem filozoficznym, często sięga ostatnio po kino gangsterskie. Po krwawej „Historii przemocy” ukazują się na DVD nakręcone trzy lata temu jeszcze bardziej okrutne „Wschodnie obietnice” z nominowaną do Oscara świetną kreacją Viggo Mortensena.

W osadzonej w Londynie współczesnej opowieści o rosyjskiej mafii, zwanej w filmie worem zakonnym, gangsterzy torturują, obcinają palce, do podrzynania gardeł używają brzytew, ale potrafią też zabijać bez użycia broni. Akcja toczy się dwutorowo. W prywatne porachunki mafiosów zostaje wplątana niemogąca dojść do siebie po rozstaniu z narzeczonym i utracie dziecka piękna pielęgniarka (Naomi Watts). Jej wujka, u którego mieszka, rasistę cierpiącego na artretyzm i byłego kagiebistę gra bardzo przyzwoicie Jerzy Skolimowski.

Wszyscy aktorzy, w tym m.in. Vincent Cassel w roli ciężkiego psychopaty, mówią ze wschodnim akcentem, większość z nich pozwoliła się nawet oszpecić potwornymi tatuażami, bo – jak tłumaczy jeden z bohaterów – to wypisana na ciele historia człowieka. Ambitna, poruszana zazwyczaj przez Cronenberga tematyka ciemnych stron ludzkiej seksualności, ograniczeń ciała i paradoksów ludzkiego losu została przesunięta na trzeci plan. Bez szkody dla jakości filmu.

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną