Recenzja filmu: "Gangster Squad. Pogromcy mafii", reż. Ruben Fleischer

Los Angeles bez tajemnic
O gangsterskim światku Los Angeles opowiadały klasyczne już „Tajemnice Los Angeles” czy „Chinatown”. Trudno przy takich poprzednikach zmierzyć się z tematem i wyjść obronną ręką.
Policjanci zwalczają gangsterów gangsterskimi metodami.
Warner Bros./materiały prasowe

Policjanci zwalczają gangsterów gangsterskimi metodami.

Zaczyna się z przytupem – już w pierwszej scenie Mickey Cohen (Sean Penn), bezwzględny gangster rządzący Miastem Aniołów, stoi pod znakiem Hollywood i patrzy, jak jego zbiry rozrywają samochodami na pół członka wrogiego gangu. Właśnie w takim tonie opowiedziana jest cała historia. Cohen, mimo że jest na szczycie, ciągle chce więcej. Sprzeciwia mu się uczciwy i prawy sierżant O’Mara (Josh Brolin), który tworzy tajny oddział i postanawia odebrać Los Angeles z rąk mafii. Nie da się tego zrobić przestrzegając zasad, bo Cohen ma po swojej stronie przekupionych sędziów i komendantów. Dobrzy policjanci zostawiają więc w domu odznaki i walczą o sprawiedliwość równie nieczysto i brutalnie jak ich przeciwnicy. W efekcie „Gangster Squad” to napakowany strzelaninami, wybuchami i mordobiciem thriller, idący bardziej w stronę komiksu niż ukłonu w stronę kina noir. Wydaje się, że reżyser wziął na warsztat wiele klasycznych filmów gangsterskich, pociął je na kawałki i posklejał w syntetyczną całość, w rezultacie pełną powtórzonych klisz i ogranych sytuacji. W tym wszystkim najbardziej cieszą oko aktorzy, same największe nazwiska Hollywoodu, chociaż ich udział w tak przerysowanej produkcji trochę dziwi.

 

Gangster Squad. Pogromcy mafii, reż. Ruben Fleischer, prod. USA, 113 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną