Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Film

Mały Gatsby

Recenzja filmu: "Wielki Gatsby", reż. Baz Luhrmann

Z prawej: Leonardo DiCaprio w roli tytułowej. Z prawej: Leonardo DiCaprio w roli tytułowej. Warner Bros. Entertainment
Najnowsza ekranizacja Fitzgeralda zachęca do ponownego zajrzenia do książki.

Miało być wielkie wydarzenie, film otwierał niedawno festiwal w Cannes, a wyszło raczej średnio. Scenografowie się napracowali, pałac Gatsby’ego wygląda tak, jak powinien, bogato i okropnie, Nowy Jork błyszczy tysiącami świateł, ale wszystko sprawia wrażenie sztucznej dekoracji. Średnio udało się też oddać atmosferę lat 20., co obiecywały zapowiedzi – jazz, podejrzane interesy, wielkie namiętności i wielkie rozczarowania. Może po prostu technika 3D sprawia, że cała historia wielkości i upadku tytułowego Gatsby’ego wypada cokolwiek operetkowo? W każdym razie niektóre sceny, jak choćby dramatyczna rozmowa Gatsby’ego, Daisy i jej męża, wypadają nieprzekonująco. Pierwsza po pięciu latach randka kochanków też raczej śmieszy, niż wzrusza. Co dziwi tym bardziej, że scenariusz jest dość wierny literackiemu pierwowzorowi, nawet w szczegółach, z zachowanym narratorem, jedynym przyjacielem Gatsby’ego. Aktorzy grają poprawnie, lecz trudno mówić o kreacjach, nawet odtwarzająca Daisy Carey Mulligan radzi sobie średnio, a to przecież świetna aktorka („Była sobie dziewczyna”). Leonardo DiCaprio wygląda z grubsza tak, jak na fotosach.

Jedyna korzyść z kolejnej ekranizacji Fitzgeralda jest taka, że zachęca do ponownego zajrzenia do książki. Nadal czyta się dobrze, aż do końca: „Tak oto dążymy naprzód, kierując łodzie pod prąd, który nieustannie znosi nas w przeszłość”. W tym jednym zdaniu jest więcej melancholii niż w całym trójwymiarowym filmie.

 

Wielki Gatsby, reż. Baz Luhrmann, prod. USA, 122 min

Polityka 21.2013 (2908) z dnia 21.05.2013; Afisz. Premiery; s. 72
Oryginalny tytuł tekstu: "Mały Gatsby"
Więcej na ten temat
Reklama

Czytaj także

Historia

Orgazm, pianole i supertorpedy. Czyli jak powstała superbroń

Ona nazywała się Hedy Lamarr i zanim została twarzą Hollywood, zasłynęła jako autorka pierwszego ekranowego orgazmu. On, George Antheil, zanim zaczął komponować muzykę, był autorem artystycznych skandali. Połączyła ich superbroń.

Andrzej Fedorowicz
06.10.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną