Recenzja filmu: "Był sobie dzieciak", reż. Leszek Wosiewicz

Bohater z fotoplastykonu
Niektórym widzom nasuną się skojarzenia z „Pamiętnikiem z powstania warszawskiego” Białoszewskiego. Tutaj też historię oglądamy z punktu widzenia ludzi ukrywających się w piwnicach i nie każdy chce być bohaterem.
Władysław Kowalski, Rafał Fudalej (tytułowy dzieciak) i Magdalena Kuta.
Maciej Laprus/materiały prasowe

Władysław Kowalski, Rafał Fudalej (tytułowy dzieciak) i Magdalena Kuta.

Główny bohater – Mareczek grany przez Rafała Fudaleja – to właściwie antybohater. Kiedy uruchamia fotoplastykon, który dostał od ojca na piąte urodziny, naprawdę przypomina dzieciaka. Ale jest już osiemnastoletnim młodzieńcem z dobrego domu, z rodziny o patriotycznych tradycjach. „Jest Polakiem wychowanym na patriotę, ale z jakichś powodów został w domu przy matce” – informuje zza kadru Narrator, który będzie pojawiał się jeszcze nieraz, komentując przebieg zdarzeń. Pisze wiersze, jak wielu z tego pokolenia, wychowanego na romantycznej literaturze. Dlaczego więc nie przyłączył się do kolegów z maturalnej klasy, z których pewnie część zdążyła już polec na polu chwały? Nadopiekuńczej matce udało się zatrzymać synka w domu, ale dłużej tak się nie da. Jest 12 dzień powstania, walki toczą się w pobliżu, matka postanawia, że muszą wyjść z miasta. Mareczek z plecakiem wygląda jak powstaniec, choć nim nie jest. Przebrany za dziewczynę naraża się na nie mniejsze niebezpieczeństwa. Dlatego zdesperowana matka powie mu: „musisz uciekać!”. To najważniejszy moment w jego życiu, za chwilę z dziecięcego pokoju przejdzie do podziemi, do labiryntu ruin i piwnic, by z obserwatora stać się uczestnikiem walki toczonej na śmierć i życie.

Zapewne niektórym widzom nasuną się skojarzenia z „Pamiętnikiem z powstania warszawskiego” Białoszewskiego. Tutaj też historię oglądamy z punktu widzenia ludzi ukrywających się w piwnicach i nie każdy chce być bohaterem. Obrazy zmieniają się jak w fotoplastykonie (by przywołać rekwizyt pojawiający się nieprzypadkowo na początku filmu). Mareczek spotka w podziemiach m.in. dziarskich powstańców, tajemniczą Niemkę, oddział brutalnych siepaczy z brygady szturmowej Dirlewangera. Narrator powie w zakończeniu, co mogło się stać z dzieciakiem, i nie będzie to dla nas zaskoczeniem.

Reżyser i scenarzysta zarazem Leszek Wosiewicz skorzystał w filmie z archiwalnych zdjęć, które płynnie łączą się z sekwencjami inscenizowanymi. Może imponować precyzyjny montaż obrazu i dźwięku. A jednak czegoś w tym filmie zabrakło. Przede wszystkim los tytułowego dzieciaka nie wciąga nas, nie wzrusza, pozostawia obojętnym, także wtedy, gdy przeobraża się w bohatera, co nie jest winą aktora, lecz braku konsekwencji w rysunku tej najważniejszej w filmie postaci. Rażą niektóre stereotypy: jak wiejska służąca, to obowiązkowo hoża, wyszczekana i prymitywna, jak stary wiarus w piwnicy, to z ozdobną karabelą i błazeńskim gestem. Chwilami mogą irytować komentarze narratora, gdy przykładowo Mareczek spotyka Niemkę, słyszymy zza kadru: „czy mają sobie coś więcej do powiedzenia?”. Słowem, ambitna próba, choć nie do końca udana. A jednak lepiej z okazji 1 sierpnia wybrać się do kina na „Dzieciaka”, niż oglądać przygotowaną przez dzisiejszych dzieciaków kolejną rekonstrukcję bohaterskiej klęski.

Był sobie dzieciak, reż. Leszek Wosiewicz, prod. Polska, 90 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną