Recenzja filmu: "47 roninów", reż. Carl Rinsch

Czarownica i samuraje
Słynną XVIII-wieczną opowieść o bezgranicznym poświęceniu 47 samurajów, którzy oddają życie w obronie honoru swego pana, porównuje się do ofiary trzystu wojowniczych Spartan, którzy zginęli pod Termopilami.
Kadr z filmu '47 roninów', reż. Carl Rinsch.
Universal Pictures

Kadr z filmu "47 roninów", reż. Carl Rinsch.

Legenda doczekała się ponad stu filmowych adaptacji (najsłynniejszą zrealizowali Kenji Mizoguchi i Hiroshi Imagaki). W pełnym rozmachu ujęciu amerykańskim (superprodukcja kosztowała 175 mln dol.) zamieniła się w dziecinną baśń fantasy o smokach, czarownicy i niemożliwej miłości półkrwi Japończyka (Keanu Reeves) do pięknej córki feudalnego władcy. Zamiast na tragicznym wyborze między prawem stanowionym a tradycyjnie rozumianą sprawiedliwością reżyser Carl Rinsch (doświadczony twórca reklamówek debiutujący w roli twórcy kinowego) skupia uwagę na cyzelowaniu kiczowatych efektów specjalnych, dopasowywaniu dramaturgii do schematu gry komputerowej oraz – co irytuje jeszcze bardziej – zmusza japońskich aktorów do mówienia po angielsku. Powstała żałośnie naiwna hybryda, zbyt egzotyczna dla amerykańskich nastolatków i zbyt hollywoodzka dla Azjatów. Nic dziwnego, że poniosła za oceanem dotkliwą porażkę frekwencyjną, a odrobienie strat na rynku japońskim okazało się czystą mrzonką.

 

47 roninów, reż. Carl Rinsch, prod. USA, 127 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną