Recenzja filmu: "Borgman", reż. Alex van Warmerdan

Czego boją się Holendrzy?
Warto zobaczyć, czego boją się Holendrzy.
Jan Bijvoet jako Borgman.
materiały prasowe

Jan Bijvoet jako Borgman.

Kim jest tytułowy bohater filmu Alexa van Warmerdana, nie dowiemy się. Buntownikiem, rewolucjonistą, postacią z fantastycznej opowieści o mścicielach zakłócających spokój sytym mieszczanom? W prologu widzimy polujących na niego uzbrojonych mężczyzn, w tym księdza ze strzelbą gotową do strzału, z czego wynika, iż Kościołowi też zagraża. Nie jest sam, umykając pościgowi, ostrzega wspólników mieszkających w lesie, w norach przypominających kryjówki zwierząt. Zanim w finale wrócą do podziemia, przeprowadzą kolejną, dobrze obmyślaną akcję. Mieszczanie ukryci w dobrze strzeżonych willach, miejcie się na baczności! Borgman nadchodzi, a nie zgadniecie, pod jaką postacią i z jakimi zamiarami. Filmowy biznesmen, jeszcze niezdający sobie sprawy, jak krucha jest stabilizacja, którą osiągnął, tłumaczy żonie: jesteśmy ludźmi Zachodu, jesteśmy bogaci, to nie nasza wina. Tacy jak Borgman uważają inaczej. „Borgman”, pokazywany wcześniej w Cannes, ubiegał się w tym roku o nominację do Oscara, lecz bez powodzenia. Prawdopodobnie na Amerykanach obcy u bram nie zrobili wrażenia, tym bardziej że w drugiej części filmu mamy nadmiar ideologii i naiwności, co będzie też przeszkadzać polskiemu widzowi. Niemniej warto zobaczyć, czego boją się Holendrzy.

 

Borgman, reż. Alex van Warmerdan, prod. Holandia, 113 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną