Recenzja filmu: „Duże złe wilki", reż. Aharon Keshales, Navot Papushado

Oko za oko
Liczba nieoczekiwanych zwrotów akcji w tym klaustrofobicznym, mrocznym filmie da się jedynie porównać z wyrafinowanym mistrzostwem Hitchcocka i Polańskiego razem wziętych.
Kowboj na koniu? W tej konwencji to tylko senna wizja.
M2 Films/materiały prasowe

Kowboj na koniu? W tej konwencji to tylko senna wizja.

Izraelski thriller „Duże złe wilki” – reklamowany jako najlepszy film ubiegłego roku według ­Quentina Tarantino – to błyskotliwy, sprawnie zrealizowany kawałek kina gatunkowego. Jego największym atutem jest inteligentny, dowcipny scenariusz balansujący na granicy pastiszu, horroru i dramatu zemsty. Jedynie punkt wyjścia wydawać się może sztampowy. W miasteczku grasuje seryjny morderca małych dziewczynek. Równolegle z działaniami policji prywatne śledztwo podejmuje ojciec jednej z zamordowanych. Ponad połowa filmu dzieje się w piwnicy, gdzie trzech mężczyzn: zdesperowany policjant (Lior Ashkenazi), spanikowany nauczyciel, który ma wskazać miejsce, gdzie zakopał odciętą głowę (Rotem Keinan), i pałający żądzą zemsty ojciec sadysta (Tzahi Grad) wzajemnie się szantażują, torturują i prowadzą twardą psychologiczną grę na wyniszczenie. Liczba nieoczekiwanych zwrotów akcji w tym klaustrofobicznym, mrocznym filmie da się jedynie porównać z wyrafinowanym mistrzostwem Hitchcocka i Polańskiego razem wziętych. A najbardziej zaskakująca w „Dużych złych wilkach” jest niejednoznaczna wymowa filmu, stawiającego trudne pytania o skuteczność krwawego rewanżu.

 

Duże złe wilki, reż. Aharon Keshales, Navot Papushado, prod. Izrael, 110 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną