Recenzja filmu: „Biały Bóg”, reż. Kornél Mundruczó

Bunt przyrody
To jeden z najbardziej zaskakujących filmów ostatnich lat, choć sądząc po streszczeniu, można mieć co do tego pewne wątpliwości.
Lili (Zsófia Psotta) i waleczny Hagen
Nowe Horyzonty/materiały prasowe

Lili (Zsófia Psotta) i waleczny Hagen

„Biały Bóg” opowiada o przygodach wyrzuconego z domu psa. Ojciec małej dziewczynki, nie bacząc na uczucia i przywiązanie dziecka, każe się jej pozbyć czworonoga, gdyż wymaga tego nowo wprowadzone, drakońskie prawo na Węgrzech. Narzucające się porównania z kinem Disneya są o tyle mylące, że film ma więcej wspólnego z krwawą antyutopią niż beztroskim kinem familijnym. Mówiąc najogólniej, rzecz dotyczy symbolicznej zemsty sił natury nad wielowiekowym okrucieństwem człowieka. Bezpański pies o imieniu Hagen zachowuje się jak urodzony przywódca niewolników, domagający się wyrównania rachunku krzywd. Dramat Kornéla Mundruczó jest więc w istocie opowieścią o rewolucji klasowej i jej nieobliczalnych konsekwencjach. Zadziwia w nim powaga i realizm. Występują w filmie prawdziwe groźne psy, które sprawiają wrażenie, jakby były całkowicie świadome i stworzone do grania. Jakimi metodami reżyser to osiągnął – nie wiadomo. Efekt jest jednak piorunujący.

Biały Bóg, reż. Kornél Mundruczó, prod. Węgry, Niemcy, Szwecja, 119 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną