Recenzja filmu: „Dureń”, reż. Jurij Bykow

Groźba zawalenia
Akcja osadzona jest daleko na prowincji, w popadającym w ruinę hostelu wybudowanym w czasach rozkwitu planowej gospodarki ZSRR.
„Dureń”, reż. Jurij Bykow
Art House/materiały prasowe

„Dureń”, reż. Jurij Bykow

Thriller psychologiczny Jurija Bykowa wyróżniony za scenariusz na narodowym festiwalu Kinotawr w Soczi (rosyjskim odpowiedniku naszej Gdyni) to nasycona buntem i obywatelskim gniewem ostra diagnoza chwiejącego się w posadach państwa. Jak we wcześniejszym głośnym „Majorze”, piętnującym bezkarność i patologie rosyjskiej policji, w „Durniu” rzecz dotyczy wysokich rangą urzędników – nietykalnych, którzy zamiast troszczyć się o byt pokrzywdzonych i biednych, dbają o własne interesy. Akcja osadzona jest daleko na prowincji, w popadającym w ruinę hostelu wybudowanym w czasach rozkwitu planowej gospodarki ZSRR. Trzeba natychmiast ewakuować 820 osób, gdyż budynek zaczyna pękać. Tyle że nie ma gdzie ani za co ulokować mieszkańców. Pieniądze w kasie miasta zostały rozkradzione. Jeśli sprawa wyjdzie na jaw, skorumpowany mer i jego klika mogą mieć kłopoty, więc z wyjątkiem jedynego uczciwego hydraulika, tytułowego głupca (Artiom Bystrow), reszta nie waha się poświęcić życia niewinnych ludzi. W przeciwieństwie do „Lewiatana” w „Durniu” wszystko rozgrywa się ze śmiertelną powagą, a ponury sens demaskatorskiego filmu podpowiada jeden z bohaterów: żyjemy i umieramy jak świnie, bo jesteśmy dla siebie bydlakami, nikim. Naprawdę mocna rzecz.

Dureń, reż. Jurij Bykow, prod. Rosja, 116 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną