Recenzja filmu: „Eden”, reż. Mia Hansen-Løve

Życie jako impreza
Film niepotrzebnie trwa ponad dwie godziny, przeskoki czasowe rozbijają płynność narracji.
„Eden”, reż. Mia Hansen-Løve
M2 Films/materiały prasowe

„Eden”, reż. Mia Hansen-Løve

Jeszcze jeden wrażliwy młodzieniec zakochany w muzyce, z malejącymi szansami na wzajemność. W filmie francuskiej reżyserki Mii Hansen-Løve bohaterem jest didżej, który zaczynał karierę w połowie lat 90., kiedy królowała muzyka klubowa, a francuskie nowe brzmienie (French Touch) porywało młodych ludzi nie tylko podczas paryskich rave’ów (całonocnych imprez z muzyką elektroniczną). Współautorem scenariusza jest brat reżyserki Sven, który był didżejem i wiele ze swych przeżyć przekazał filmowemu Paulowi (Félix de Givry). Wszystko wydaje się proste: szybka kariera, narkotyki, przygodne romanse, łatwy seks, zero zobowiązań. W razie dotkliwego kryzysu finansowego pozostawała w odwodzie troskliwa matka. Akcja filmu obejmuje 20 lat, w drugiej dekadzie bohater (i nie tylko on) przekona się, że życie jako impreza to jednak nie najlepszy pomysł. Film niepotrzebnie trwa ponad dwie godziny, przeskoki czasowe rozbijają płynność narracji. Niewątpliwym walorem „Edenu” są natomiast niezwykle starannie odtworzone realia życia muzycznego dwóch dekad oraz imponująca ścieżka dźwiękowa. Fani muzyki z tamtych lat mogą mieć frajdę, niemający takich wspomnień będą mniej skłonni do zachwytów.

Eden, reż. Mia Hansen-Løve, prod. Francja, 131 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną