Recenzja filmu: „Żyć nie umierać”, reż. Maciej Migas

Żeby nie bolało
Dowcipna, rozwijająca się od puenty do puenty dynamiczna fabuła.
Tomasz Kot wciela się w postać aktora Tadeusza Szymkowa
Kino Świat

Tomasz Kot wciela się w postać aktora Tadeusza Szymkowa

Opowiedzieć o chorobie nowotworowej i umieraniu po hollywoodzku, w beztroskim tonie. Zadanie cokolwiek ryzykowne, ale jak najbardziej wykonalne, czego dowodem aż dwa w tym sezonie filmy debiutantów. Znany operator Bartosz Prokopowicz zrealizował coś w rodzaju półtoragodzinnego teledysku poświęconego zmaganiom z nieuleczalną chorobą Magdy Prokopowicz, prezeski fundacji Rak’n’Roll („Chemia”). A Maciej Migas przypomniał w „Żyć nie umierać” kawałek życiorysu wrocławskiego aktora drugiego planu Tadeusza Szymkowa, który zmarł kilka miesięcy po tym, jak lekarze wykryli u niego raka płuc. Pierwszy na ekrany trafia film Migasa. Zrealizowany wedle najlepszych wzorów gatunkowych, jest dowcipną, rozwijającą się od puenty do puenty dynamiczną fabułą o tym, jak mając do wyboru samobójstwo albo ucieczkę w jeszcze większe pijaństwo, skazany na chorobę alkoholik podejmuje próbę uporządkowania swego życia. Rzuca nałóg, walczy o poprawę relacji z bliskimi i przywraca szacunek do samego siebie poprzez zawodowy awans. Szymkowa gra – ogolony na łyso, drastycznie wychudzony – Tomasz Kot, któremu partneruje świetny Janusz Chabior w roli przyjaciela psychoterapeuty. Niestety, mimo charakteryzacji i fizycznej przemiany trudno zobaczyć w Kocie kogoś innego niż odmłodzoną wersję Religi z „Bogów”. Siła rażenia tamtego filmu okazała się zbyt wielka.

Żyć nie umierać, reż. Maciej Migas, prod. Polska, 90 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną