Piszemy o wszystkim, co ważne

Codziennie coś nowego. Bądź w centrum wydarzeń.

Subskrybuj
Film

Moja droga Wendy

Tym razem poległ na prowokacyjnym kryminale w westernowo-teatralnej konwencji o pacyfistach kochających broń. Młodemu reżyserowi marzyła się druga „Mechaniczna pomarańcza”, ale pary starczyło mu tylko na szkolną bajeczkę z niegrzecznym finałem.

Wymyślona przez Larsa von Triera przewrotna fabuła o grupce małomiasteczkowych nieudaczników kolekcjonujących wszelakie rodzaje pistoletów i ochoczo pociągających za spust w imię głoszonych zasad, może na papierze zapowiadała się ciekawie. Na ekranie ta niewybredna satyra na amerykańskie społeczeństwo, budujące swoje poczucie bezpieczeństwa na prywatnych arsenałach broni, wypadła blado i nieprzekonywająco.

W „Mojej drogiej Wendy”, oprócz naiwnie prowadzonego wątku Klubu Dandysów zrzeszającego napaleńców strzelaniny, którzy piszą listy miłosne do swoich pukawek (stąd tytuł filmu), zawodzi koncepcja estetyczna. Górnicze miasto położone gdzieś na południowych krańcach Zachodniego Wybrzeża, gdzie rozgrywa się akcja filmu, pełni funkcję symbolu i tak jest filmowane – jako mitologiczna przestrzeń bliższa wyobrażeniom Europejczyków na temat Ameryki niż realnie istniejące miejsce.

Odkryciem są za to interesujące kreacje aktorskie, zwłaszcza Jamie Bella, pamiętnego Billy’ego Elliota z filmu Stephena Daldry’ego.

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Diagnoza: borelioza. Ale czy na pewno?

W Polsce mnożą się fałszywe rozpoznania boreliozy. Oraz medycy, rzekomi specjaliści od tej choroby. A także rzekomi chorzy, spanikowani, że padli ofiarą kleszcza.

Paweł Walewski
07.11.2017
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną