Film

Elizabethtown

Nawet opowiadając o klęsce, poniżeniu i totalnym upadku – nie zapomina się tam o obowiązkowym pocieszeniu, które w najnowszej produkcji Camerona Crowe’a „Elizabethtown” przybiera postać roześmianej stewardesy, granej przez niezbyt urodziwą Kirsten Dunst, ratującej z depresji przystojnego Orlando Blooma. Były menedżer po narażeniu swojej firmy na milionowe straty nie tylko został wylany z pracy, ale też stracił ojca.

Im bardziej bohater romantycznej komedii Crowe’a poddaje się wzbierającej w nim fali rozpaczy, z tym większym wigorem przystępuje do terapeutycznej akcji Dunst. O trzeciej w nocy potrafi mu tłumaczyć, jaką szosę ma wybrać, by się nie zgubić w gąszczu autostrad prowadzących do rodzinnej miejscowości położonej na drugim końcu Stanów. W końcu niedowierzając jego nawigacyjnym umiejętnościom przygotowuje mu nawet szczegółową mapę złożoną z kolorowych pocztówek, zasuszonych liści i opisów przydrożnych zabytków, dzięki czemu biedny i skołowany młody człowiek „o sercu Jacka Lemmona i elegancji, i stylu młodego Cary’ego Granta” może poznać historię najnowszą Ameryki, a wraz z nią – tajniki serca dobrodusznej panny.

Ponieważ wątek krajoznawczo-muzealny jest w filmie solidnie rozbudowany, nie ulega wątpliwości, że w tej miłosnej historii, którą śmiało można nazwać amerykańską wersją „Amelii”, kryje się coś więcej. Poza pochwałą prowincjonalnego życia i akceptacją niezbyt mądrej rodziny, której się wcześniej wstydziło, chodzi mianowicie o wzbudzenie szacunku do kraju, z którego przestało się być dumnym. Dla Europejczyków takie patriotyczne przesłanie wydaje się czystą propagandą, ale być może Amerykanie tego właśnie teraz potrzebują.
 

Reklama

Czytaj także

Kraj

Polska bordową wyspą

Mimo antysmogowego wzmożenia marsz do oczyszczenia polskiego powietrza będzie długi.

Jędrzej Winiecki
01.12.2020
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną