Recenzja filmu: „Snowden”, reż. Oliver Stone

Jednak bohater
„Snowden” to film niezwykle przystępny, mimo że rozgrywa się w hermetycznym środowisku specjalistów komputerowych i agentów rządowych.
mat. pr.

W swoim najnowszym filmie Oliver Stone bierze się za wciąż aktualną sprawę polityczną o wymiarze międzynarodowym i wyraźnie staje po stronie swojego bohatera. Przy okazji zaś kręci udany film.

Z perspektywy artysty chcącego przedstawić postać Edwarda Snowdena i jego historię publiczności pojawiają się dwie spore przeszkody.

Pierwszą jest fakt, że Snowden, były specjalista pracujący dla CIA czy NSA, na co dzień zajmował się rzeczami, które dla zwykłego śmiertelnika są niepojęte. Gdy do swojego programu w HBO zaprosił go komik John Oliver, aby wyjaśnić widzom zawiłości różnych rządowych programów mogących naruszać prywatność obywateli USA, Snowden miał tłumaczyć, co dany program może zrobić ze zdjęciem penisa, które ktoś sobie zrobił za pomocą prywatnego telefonu – prymitywne, owszem, ale klarowne.

Takie też zadanie musiało w filmie „Snowden” czekać Olivera Stone’a, który miał pokazać nam, przeciw czemu jego bohater wystąpił, a więc musiał wyjaśnić, czym były PRISM czy Epic Shelter i jak ich nadużywano.

I to się udało – „Snowden” to film niezwykle przystępny, mimo iż rozgrywa się w hermetycznym środowisku specjalistów komputerowych i agentów rządowych, wciąż dyskutujących o frontach walki z terroryzmem.

Drugą trudną kwestią w przypadku Snowdena jest fakt, że jego sprawa wciąż jest otwarta – obecnie przebywa w Rosji, gdzie udzielono mu azylu, po tym jak Amerykanie wystawili nakaz jego aresztowania za szpiegostwo, kradzież i ujawnianie tajnych informacji. Dyskusja odnośnie do tego, czy postąpił słusznie czy nie, trwa i polaryzuje opinię publiczną. Ze względu na nieprzyjemne dla USA konsekwencje przecieków Snowdena i fakt, że we wszystko wmieszał się Putin, wciąż jest to gorący i drażliwy temat.

I z tym poradził sobie Stone, który po prostu dosyć jasno opowiedział się po jednej ze stron: jego „Snowden” tytułowego bohatera portretuje jako, cóż, bohatera właśnie, bojownika o nasze prawa, który zobaczywszy działanie systemu od środka i poznawszy mechanizmy nadużyć, zdecydował się na drastyczny krok – zgrał wrażliwe dane na pendrive’a i poszedł z nimi do prasy, automatycznie skazując się na życie przestępcy. U Stone’a Edward Snowden to w zasadzie męczennik, który zrezygnował z wygodnego życia, normalności, a nawet miłości, bo nie był w stanie wytrzymać wewnątrz rządowej machiny, która – w jego opinii – gwałciła prawa własnych obywateli.

Odsuwając jednak na bok kwestie politycznego ciężaru „Snowdena”, wciąż zostaje nam bardzo dobrze nakręcony film, gdzie brawa należą się zwłaszcza montażyście. Opowieść skacze między kilkoma dniami, jakie Snowden i dziennikarze „Guardiana” spędzili w hongkongskim hotelu, pracując nad pierwszymi materiałami o nadużyciach, przebitkami z prywatnego życia bohatera, czyli związku z Lindsay Mills (ważny w historii wątek, kluczowy wręcz dla tezy o poświęceniu Snowdena), oraz scenami z różnych zadań, jakie Snowden wykonywał dla rządu na przestrzeni kilku lat. Przemieszczamy się więc i w czasie, i w przestrzeni, bo bohater często się przeprowadza – a mimo to udaje się w „Snowdenie” utrzymać dobre tempo i przede wszystkim zachować klarowność w tej przecież niezwykle złożonej historii.

W ogóle strona realizacyjna filmu Stone’a pozostaje bez zarzutu, od zdjęć, przez muzykę, po naszpikowaną świetnymi aktorami i aktorkami obsadę, z Josephen Gordonem-Levittem na czele, który może jak Edward Snowden nie wygląda, ale świetnie naśladuje jego głos, akcent, mimikę i gestykulację – rola może i nominacji do Oscara niewarta, ale uznania już na pewno tak.

I w zasadzie jedynym problemem „Snowdena”, filmu pod wieloma względami perfekcyjnego, pozostaje fakt, że Stone nie mówi nam w nim niczego nowego. Jego produkcja do kin wchodzi długo po tym, jak mogliśmy obejrzeć nagrodzony Oscarem dokument „Citizenfour”, po tym jak Edward Snowden udzielił dziesiątków, jeżeli nie setek wywiadów, a wyjawione przez niego sekrety zdążyły kilka razy obiec serwisy newsowe i nam spowszednieć; bo jak może nas zszokować fakt, że służby amerykańskie w większym stopniu śledziły własnych obywateli niż na ten przykład Rosjan, skoro wiemy, że szpiegowano nawet Angelę Merkel?

„Snowden” Olivera Stone’a to dobry i ważny film. Tyle że jednak sporo spóźniony.

Snowden, reż. Oliver Stone, prod. Francja, Niemcy, USA 134 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną