Recenzja filmu: „Carrie Pilby”, reż. Susan Johnson

Harlequin plus
Debiutująca reżyser potrafi w kilku zrelaksowanych scenach pokazać czystą radość w zbliżeniach twarzy głównej bohaterki.
Bel Powley gra tytułową bohaterkę „Carrie Pilby”
Mayfly/materiały prasowe

Bel Powley gra tytułową bohaterkę „Carrie Pilby”

Błyskotliwy i skomplikowany ten film nie jest, choć pewnie chciałby być: ma opowiadać o blokadzie uczuciowej genialnej dziewczyny – tytułowej Carrie Pilby (utalentowana Bel Powley). Pilby nie chce być blisko ludzi, w wieku 19 lat podzieliła już wszystkich na hipokrytów i seksoholików. Jednak pytana przez terapeutę (Nathan Lane), czy uważa w takim razie, że czytanie 17 książek tygodniowo jest normalne, warczy: „Czy rozpoczęcie studiów na Harvardzie w wieku 14 lat jest normalne? Nie jestem normalna i ustaliliśmy już przecież, że to jest problem!”. Terapeuta zaleca skoncentrowanie się na przyjemnościach życia. A wtedy ta ironistka, niby jeden z najwybitniejszych młodych umysłów, kompletnie zanurza się w chwytach z komedii romantycznych: zwierza się zwierzakom domowym, w złości rozbija smartfona o chodnik, krzyczy na chłopaka (William Moseley) grającego na didgeridoo pod oknem itd. Akcji filmu zdecydowanie nie pomaga, że został zrealizowany na podstawie książki z serii Harlequin Teen, ale debiutująca reżyser Susan Johnson (wcześniej producentka filmowa) potrafi w kilku zrelaksowanych scenach pokazać czystą radość w zbliżeniach twarzy Powley. I to jest dla widza nawet przyjemne.

Carrie Pilby, reż. Susan Johnson, prod. USA, 2016 r., 98 min

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną