Miej własną politykę.

Pierwszy miesiąc prenumeraty w okazyjnej cenie!

Subskrybuj
Film

World Trade Center

◊ ◊ ◊ ◊

Nawet samo uderzenie pierwszego samolotu w wieżę pokazane jest poza kadrem: widzimy tylko cień nadlatującej maszyny, a po chwili słyszymy odgłos uderzenia. Jeden z najsławniejszych amerykańskich reżyserów (spod jego ręki wyszły tak głośne filmy jak m.in. „Pluton”, „Urodzony 4 lipca”, „Urodzeni mordercy”) zrealizował bowiem tym razem nie epickie widowisko, lecz kameralny dramat.

Pokazuje w bliskich planach dwóch policjantów uwięzionych pod gruzami walących się budynków. Nad nimi wielopiętrowe konstrukcje gruzów, belek i wszelkiego żelastwa, grożące w każdej chwili zawaleniem. Przywaleni fragmentami murów nie mogą się nawet ruszać. Mogą tylko rozmawiać. Z czasem cisza będzie zapadać coraz częściej, ale pokonując zmęczenie wracają do przerwanego dialogu. Wspominają filmy, które widzieli, ale przede wszystkim rozmawiają o rodzinach, żonach, dzieciach. („Zginęliby, gdyby nie mogli się ze sobą porozumiewać i gdyby myśl o bliskich nie dodawała im siły” – jest przekonany Stone). Nie wiedzą, czy pomoc w ogóle nadejdzie.

Tymczasem na powierzchni już zmierzcha i służby kończą poszukiwania zaginionych. Znajdzie się jednak ktoś, kto nie spocznie – to były komandos, przypominający niezłomnych bohaterów amerykańskich filmów, który, nie zważając na niebezpieczeństwo, przystępuje do akcji.

„World Trade Center” to film bardzo amerykański. Pełne patosu i czułostkowości dialogi, heroiczne pozy, to wszystko może nas drażnić, ale nie jest przecież nieautentyczne. Stone pokazuje Amerykę zranioną, ale niepokonaną. W epilogu widzimy, że terrorystom nie udało się zniszczyć tego, co jest dla tego kraju największą świętością – amerykańskiej rodziny.

Oglądając film należy pamiętać jeszcze o jednym – tego wszystkiego nie wymyślił lubiący sentymentalne zakończenia scenarzysta. To wydarzyło się naprawdę: dwaj policjanci, pierwowzory filmowych herosów, są dziś na rencie, ich wybawiciel wrócił do armii i pewnie walczy w Iraku.

Reklama

Czytaj także

Historia

Orgazm, pianole i supertorpedy. Czyli jak powstała superbroń

Ona nazywała się Hedy Lamarr i zanim została twarzą Hollywood, zasłynęła jako autorka pierwszego ekranowego orgazmu. On, George Antheil, zanim zaczął komponować muzykę, był autorem artystycznych skandali. Połączyła ich superbroń.

Andrzej Fedorowicz
06.10.2015
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną