Chłopiec na galopującym koniu
Sztuka dla sztuki?

Debiutancki film Adama Guzińskiego pokazywany był dwa lata temu poza konkursem w Cannes, gdzie podobno spotkał się z entuzjastycznym przyjęciem. W Polsce już tak dobrze nie było: pokaz na festiwalu w Gdyni nie zrobił większego wrażenia i zapewne dlatego obraz musiał długo czekać na dystrybucję. „Chłopiec na galopującym koniu” jest swobodną ekranizacją powieści norweskiego pisarza Tarjei Vesaasa, którym polskie kino zainteresowało się już 40 lat temu, kiedy Witold Leszczyński zrealizował „Żywot Mateusza”, jeden z najpiękniejszych filmów polskich.

Tym razem trudno mówić o podobnym sukcesie. Bohaterów jest troje: pisarz przechodzący kryzys twórczy, jego wypalona wewnętrznie żona i ich synek. Wynieśli się z dużego miasta na wieś, gdzie jednak nie odzyskali upragnionego spokoju i gdzie skazani na siebie, uwięzieni w ograniczonej przestrzeni, nie potrafią się do siebie zbliżyć. Czy taką nieoczekiwaną szansą odzyskania utraconych uczuć będzie – paradoksalnie – choroba dziecka?

Niewykluczone, w każdym razie podróż ojca z synkiem do miasta, ich ostatni wieczorny spacer przed przekroczeniem bramy szpitalnej to bez wątpienia najlepszy, najbardziej przejmujący kawałek filmu. Cała reszta pozostawi widza obojętnym. Wprawdzie jest tu ambicja reżyserska, są wypieszczone czarno-białe zdjęcia Jolanty Dylewskiej oraz zasługująca na uwagę praca aktorów (Piotr Bajor i Aleksandra Justa w rolach małżonków), czyli mamy przykład jak najbardziej uczciwej sztuki, jednak trochę dla samej sztuki.

  
 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną