Film

Nieruchomy poruszyciel

Recenzja filmu: "Nieruchomy poruszyciel", reż. Łukasz Barczyk

Brakuje tylko w tym wszystkim żywego filmu.

Opowiadając proste i realistyczne w gruncie rzeczy historie David Lynch przedstawia je w sposób szczególny. Widz otrzymuje pogmatwany, surrealistyczny obraz, ukazujący niemal wyłącznie rzeczywistość psychiczną bohaterów, którą sam musi rozszyfrować.

Łukasz Barczyk w „Nieruchomym poruszycielu” chciał postąpić podobnie. Wziął na warsztat szokującą historię ubezwłasnowolnienia pracowniczki fabryki (żony i matki dwójki dzieci), zmuszanej przez szefa zakładu do uprawiania seksu najpierw tylko z nim, a potem również z kolegami. Ubrał tę opowieść w kostium mrocznego, freudowsko-religijnego thrillera, rozgrywającego się w atmosferze obłudy moralnej prowincjonalnego miasteczka. Popełnił jednak błąd polegający na stosowaniu sztuczek Lyncha bez zagłębiania się zbytnio w podświadomość filmowych postaci. W rezultacie zamiast misterium cierpienia, subtelnej plątaniny kompleksów, lęków, niepokojących wizji obnażających ludzkie dusze, zbudował obojętną emocjonalnie rekwizytornię numerów, służącą udziwnieniu akcji. Mamy więc postindustrialny pejzaż (huta szkła), ciemne pokoiki z falującymi kotarami, za którymi dzieją się straszne rzeczy (gwałt zbiorowy), przedmioty-fetysze (klamka, nóż), diaboliczną postać (Jan Frycz) i jej perwersyjną ofiarę (dobra rola Mariety Żukowskiej). Że Barczyk zna nieźle twórczość Lyncha, świadczyć mają ujęcia żywcem przeniesione z „Mulholland Drive” lub nawiązujące do klimatu „Blue Vel-vet”. Brakuje tylko w tym wszystkim żywego filmu.

Scenografia w „Nieruchomym poruszycielu” wygląda topornie. Dialogi są mało finezyjne, momentami wręcz łopatologiczne. Dramaturgia – oprócz irytacji – nie budzi innych emocji. Postaci są płaskie. Zabawa z formą też niestety nie robi wrażenia. Barczyk już raz sparzył się na imitowaniu cudzego stylu. Poległ podrabiając Bergmana w „Przemianach”. Szkoda, że nie wyciąga wniosków z porażek.

 

Reklama

Czytaj także

Społeczeństwo

Związki Polaków: co dziesiąty z nas żyje w związku równoległym

Co dziesiąty Polak żyje w równoległym związku. A może nawet więcej niż co dziesiąty, jeśli trochę poszerzyć definicję związku. Pojawiło się sporo wyników badań seksuologicznych uwzględniających także czasy pandemii. Niektóre mogą się wydać szokujące.

Martyna Bunda
28.07.2021
Reklama

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną