Recenzja książki: Neal Bascomb, "Wytropić Eichmanna"

Agenci sprawiedliwości
To lepsze od Forsythów i Ludlumów razem wziętych.

To lepsze nie tylko od Forsythów i Ludlumów razem wziętych. To lepsze nawet od Johna Le Carre. Bo równie dobrze napisane, a oparte na autentycznej historii, która na dodatek mocno wpłynęła na świadomość historyczną i moralną współczesnego świata.

SS-Obersturmbannführer Adolf Eichmann był, by tak rzec, głównym koordynatorem „ostatecznego rozwiązania kwestii żydowskiej”, czyli kluczowym wykonawcą i szefem operacyjnym nazistowskiego ludobójstwa. Właśnie w tym kontekście sam Himmler mawiał o nim „Mistrz” (z czego zresztą Eichmann był niebywale dumny). Odpowiadał za śmierć milionów Żydów, ale też deportacje w nieludzkich warunkach tysięcy Polaków, Cyganów, Słoweńców, Czechów. Po wojnie ukrywał się w Austrii, a w 1950 r. wydostał się statkiem z Europy (m.in. dzięki pomocy katolickich duchownych) i dotarł do Ameryki Południowej.

10 lat później Mossad – skądinąd dzięki determinacji i odwadze niemieckiego prokuratora Fritza Bauera – trafia na ślad zbrodniarza. Wieczorem 11 maja 1960 r. tzw. grupa zadaniowa, kierowana przez samego szefa izraelskiego wywiadu Issera Harela, uprowadza Eichmanna sprzed jego domu na przedmieściach Buenos Aires i wywozi do Tel Avivu. Operacja jest tyleż koronkowo przygotowana, co brawurowa.

Amerykański historyk i dziennikarz Neal Bascomb na podstawie rozmów z uczestnikami misji oraz szerokiej kwerendy archiwalnej precyzyjnie, niemal minuta po minucie rekonstruuje przebieg tej jednej z najsłynniejszych akcji w dziejach służb specjalnych. Co więcej: opisuje jej tło polityczne – począwszy od stosunku do nazistów w powojennej Europie przez kulisy podjęcia decyzji o operacji w samym Izraelu, a skończywszy na oskarżeniach wobec Ben Guriona i jego państwa o naruszenie prawa międzynarodowego.

Szkoda tylko, że ledwie kilkanaście stron poświęca Bascomb przebiegowi procesu, jaki wytoczono Eichmanowi w Jerozolimie, zwłaszcza że nie rozwija wątku jego wpływu na opinię publiczną w świecie oraz na stosunek samych izraelskich Żydów do Holocaustu. Wszak dopiero od tego momentu Zagłada zakorzeniła się w zbiorowej świadomości kulturowej, zarówno w Europie i Stanach Zjednoczonych, jak, co najciekawsze, w samym Izraelu. Do tej pory bowiem obowiązująca tam oficjalnie doktryna syjonistyczna niemalże pomijała Szoa: Zagładę traktowała najwyżej jako kolejne uzasadnienie konieczności stworzenia państwa żydowskiego.

Publiczny sąd nad symbolem „ostatecznego rozwiązania”, a zwłaszcza wstrząsające zeznania świadków, uruchomił lawinę: ocaleni z gett i komór gazowych, którzy przez 16 powojennych lat nawet w swoim państwie milczeli zwykle o tych doświadczeniach, wreszcie nie musieli się z nimi ukrywać i się ich wstydzić.


Neal Bascomb, Wytropić Eichmanna. Pościg za największym zbrodniarzem w historii, Znak, Kraków 2009, s. 407

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną