Recenzja książki: Hubert Selby Jr, "Piekielny Brooklyn"

Nowojorski koszmar
Powieść autora "Requiem dla snu". Coś jak „Take a Walk on the Wild Side” Lou Reeda.

Choć Hubert Selby Jr był – obok Ginsberga, Kerouaca czy Burroughsa – jedną z ważniejszych postaci kontrkultury amerykańskiej lat 60., w Polsce jest do dziś postacią niemal anonimową. Niektórzy kojarzą go być może z filmem Darrena Aronofsky’ego „Requiem dla snu” (gra w nim strażnika więziennego), opartym na powieści Selby’ego o tym samym tytule. „Piekielny Brooklyn” to jego debiut i zarazem pierwsza powieść, która się u nas ukazuje z 45-letnim opóźnieniem. Niestety, czas – wbrew opinii Ginsberga, który mówił, że będzie to książka czytana chętnie za sto lat – nie obszedł się z nią łaskawie.

Menażeria ludzka, zapełniająca „Piekielny Brooklyn”, przywodzi na myśl „Take a Walk on the Wild Side” Lou Reeda.

Znajdziemy tu m.in. transwestytów, prostytutki, drobnych przestępców i pospolitych zbirów. „Piekielny Brooklyn” z niesłychanie odważnej literackiej próby przełamującej tabu stał się jednak książką dość nudną. Selby nie oferuje bowiem wiele ponad bezstronną obserwację osób wykluczonych ze społeczeństwa i życiowych nieudaczników. To, co dziś może się podobać w „Piekielnym Brooklynie”, to emocje, które czasem wyglądają spoza wulgaryzmów i scen seksu.

Beznadziejność ludzkiej egzystencji przywodzić może na myśl Charlesa Bukowskiego, Irvine’a Welscha czy nawet – odartego z metafizyki – Louisa-Ferdinanda Céline’a. Jednak z perspektywy półwiecza widać, że Selby, mimo znakomitego wyczucia języka mówionego i nowojorskiego slangu, był pozbawiony ich talentu.

Hubert Selby Jr, Piekielny Brooklyn, przeł. Maciej Potulny, Niebieska Studnia, Warszawa 2009, s. 304

 

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną