Fragment książki: „Złowroga pętla”
Do gabinetu szefa wydziału śledczego prokuratury miejskiej Konstantin Michajłowicz Olszański wchodził zawsze śmiało. Po pierwsze, długo i dobrze znał swego zwierzchnika, po drugie zaś, równie dobrze wiedział, że jego własny arogancki, niemal impertynencki sposób bycia, graniczący niekiedy ze zwyczajnym chamstwem, stanowi niezawodną tarczę ochronną.
Polityka

1

Olga Krasnikowa ze złością cisnęła słuchawkę na widełki.
– Znów? – posępnie zapytał mąż.
Olga w milczeniu skinęła głową. Już od dwóch tygodni jakiś człowiek nękał ich telefonami, grożąc, że jeśli nie zapłacą dziesięciu tysięcy dolarów za milczenie, opowie Dimie, iż kiedyś go usynowili.
– Dość tego, Olu, trzeba porozmawiać z Dimą. Nie można tej sprawy ukrywać w nieskończoność.
– No coś ty? – Olga aż załamała ręce. – Jak to sobie wyobrażasz? Nie, za nic!
– Zrozumże – zirytował się Paweł Krasnikow. – Nie możemy dać się zaszantażować. Nie wyjdziemy potem z długów przez całe lata. Zresztą skąd weźmiemy takie pieniądze? A co, jeśli facet na tym nie poprzestanie i będzie wysuwał dalsze żądania? Zaczniemy się wyprzedawać, oszczędzać na jedzeniu i ograniczać inne konieczne wydatki. I jak to wyjaśnimy Dimie? Tak czy owak, będziemy zmuszeni powiedzieć mu prawdę.

Olga ciężko usiadła na krześle i rozpłakała się.
– Ale... nie wiem, jak to zrobić... Jest w takim wieku... Widzisz przecież, że trudno mu teraz samemu sobie ze sobą poradzić, jego charakter dopiero się kształtuje... I ta historia z dżinsami... Jak zareaguje, kiedy się dowie?... Pasza, boję się. Może lepiej nic Dimie nie mówić?
– Trzeba mu powiedzieć – odparł szorstko Paweł. – I zaraz to zrobię.
Zdecydowanym krokiem wyszedł z kuchni, zostawiając płaczącą żonę samą.

Piętnastoletni Dima siedział w swoim pokoju nad lekcjami. Wysoki, niezgrabny, o długiej, dziecięco cienkiej szyi i w butach rozmiar czterdzieści cztery, przypominał młodego strusia. Zawsze był spokojnym, posłusznym chłopcem – i nagle ta idiotyczna, zupełnie niezrozumiała historia z dżinsami, które chciał ukraść w sklepie. Został zresztą przyłapany przez ekspedientki na gorącym uczynku, wezwano milicję, spisano protokół, a chłopca zatrzymano. Olga i Paweł zakrzątnęli się, pożyczyli pieniądze i porozumieli się z adwokatem, który obiecał, że jeśli nie uda się uniknąć sprawy sądowej, to przynajmniej szybko wyciągnie chłopaka z aresztu. Rodzice długo łamali sobie głowy nad tym, co się nagle stało z ich cichym, uległym i posłusznym synem. Sam Dimka nie potrafił swojego postępku sensownie wyjaśnić. Zdarzenie miało miejsce cztery miesiące temu, i od tej pory chłopiec zachowywał się jeszcze spokojniej i grzeczniej, zaczął się nawet lepiej uczyć. Wyglądało na to, że on też nie rozumie, co go wtedy naszło...
Paweł wszedł do pokoju syna i usiadł na kanapie.

– Muszę z tobą poważnie porozmawiać, Dmitrij.
Chłopiec podniósł wzrok znad zeszytu i z niepokojem popatrzył na ojca.
– Na pewno nic nie wiesz o tym, że mama i ja mamy kłopoty... – zaczął Krasnikow.
– To... z powodu tych dżinsów? – nieśmiało zapytał Dima.
– Nie, synku. Od dwóch tygodni dzwoni do nas jakiś człowiek i żąda pieniędzy. Dużych pieniędzy, dziesięciu tysięcy dolarów.
– Za co?! – zdumiał się chłopiec. – Co, popełniliście jakieś przestępstwo?
– Jak ci nie wstyd, Dmitrij? – surowo upomniał syna Paweł. – Podobne przypuszczenie nie powinno ci nawet przejść przez myśl. Chodzi o coś innego. Pamiętasz, że twój dziadek Michaił, ojciec mamy, miał brata Borysa Fiodorowicza, który był o wiele od niego starszy i zmarł, zanim ty się urodziłeś?
– Tak, opowiadaliście mi o nim. I widziałem jego zdjęcie w albumie.
– A wiesz, że wuj Borys, czy raczej dziadek Borys, miał córkę Wierę?
– Aha. Mama mówiła, że ona też od dawna nie żyje.
– Zgadza się. Umarła, kiedy urodziła syna. Dano mu na imię Dima.
– Jak mnie? – zdziwił się chłopiec.
– Nie j a k tobie. Po prostu t o b i e.

Dima nachmurzył się i wbił spojrzenie w leżący przed nim podręcznik fizyki.
– Nie rozumiem – wydusił w końcu, nie podnosząc oczu na ojca.
– Twoja mama umarła, synku – wyjaśnił łagodnie Paweł. – A my cię usynowiliśmy. Teraz nadszedł czas, żebyś się o tym dowiedział.
Dima znowu umilkł na długą chwilę, przetrawiając to, co usłyszał, i starając się nie patrzeć na Pawła. Cisza ciążyła Pawłowi z każdą chwilą bardziej, ale nie wiedział, jak ją przerwać, by nie przysporzyć dziecku jeszcze większego bólu.
– A mój ojciec? – odezwał się w końcu Dima. – Kim jest?
– Jakie to ma znaczenie, synku? – rzekł spokojnie Paweł. – Twoja mama nie wyszła za mąż, i zupełnie możliwe, że ojciec nawet nie wie o tym, że w ogóle istniejesz. Twoimi rodzicami jesteśmy my, Krasnikowowie. Wychowywaliśmy cię od chwili narodzin, nosisz nasze nazwisko, przeżyliśmy razem ponad piętnaście lat, zgodzisz się, że to kawał czasu. Jesteś już wystarczająco dorosły, żeby można było z tobą mówić otwarcie, niczego nie ukrywając.
– To znaczy, że nie jestem waszym rodzonym synem? – drążył dalej Dimka.
– Nonsens – uciął stanowczo Paweł. – Po pierwsze, Wiera była stryjeczną siostrą mamy, tak że bliskie pokrewieństwo istnieje. A po drugie, co to znaczy “rodzony” czy “nierodzony”? Jeśli kogoś kochasz, jeśli ktoś jest ci bliski i drogi, to tak jak rodzony. A co do tego, że ja i mama cię kochamy, nie masz chyba żadnych wątpliwości. Tak więc jesteś naszym rodzonym synem w pełnym sensie tego słowa. I nie waż się nigdy myśleć inaczej.
– Dobrze, tato – cicho, prawie szeptem, odparł chłopiec.

Paweł wstał. Był dobrym człowiekiem, tyle że trochę oschłym, i czuł się teraz niepewnie, nie wiedząc, co robić dalej.
– Myślę, że chciałbyś pobyć trochę sam, żeby się zastanowić nad tym, co ci powiedziałem – rzekł w końcu. – Ja pójdę do mamy. Ona bardzo to wszystko przeżywa.
Olga stała w kuchni. Oczy miała zapuchnięte od płaczu i nerwowo wycierała ścierką umyte przed chwilą naczynia.
– No i co? – zaczęła wypytywać męża. – Powiedziałeś mu?
– Powiedziałem.
– I jak to przyjął?
– Trudno powiedzieć. Chyba musi to przemyśleć.
– Ale nie płacze? – zaniepokoiła się Olga.
– Nie, nie.
– O Boże – jęknęła kobieta – za co nas to spotyka? Czym zasłużyliśmy na taką karę? Żeby tylko teraz nie zamknął się w sobie, nie odciął się od nas i nie uznał, że to my jesteśmy wszystkiemu winni!
– Co też ty mówisz? – obruszył się Paweł. – Czemu miałby nas uważać za winnych? Czego?
– A bo ja wiem? – Rozgoryczona Olga machnęła ręką. – Albo to można zrozumieć, co się dzieje w ich głowach?

 

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną