Fragment książki: „Ofiara Polikseny”
Pochyliła się i na moment zanurzyła w wodzie dłonie, potarła nimi stopy, a później podniosła się powoli. Sięgała mi poniżej ramienia, więc nie widziałem dobrze jej oczu.
materiały prasowe

Mario – spytała nagle – czy mógłbyś zabić człowieka?

Piasek, na którym siedziała, był wilgotny, ale jej to chyba nie przeszkadzało. Palce jej stóp, zanurzone w wodzie, wydawały się nieskazitelnie białe. Jak wyrzeźbione z marmuru.

Zagapiłem się w niebo. Teraz, pod wieczór, mieniło się mieszaniną wściekłych kolorów, których nie powstydziłby się żaden awangardowy malarz, chociaż nie mogłem sobie przypomnieć jakiegoś konkretnego nazwiska. Na zachodzie upiorny róż poprzecinany był szarożółtymi pasmami, przypominającymi brudną watę wyciągniętą z ucha.

Ignorowała te widoki i patrzyła na mnie.

– Mario – spytała znowu. – Czy ty kiedykolwiek zabiłeś człowieka?

– Myślisz, że będzie padać? – Pokazałem palcem chmury. – Myślisz, że to w ogóle możliwe w tym cholernym klimacie?

Jakiś nadgorliwy komar uciął mnie w łopatkę. Próbowałem go klepnąć, ale spróbujcie sami uderzyć się wysoko w plecy bez wyłamania sobie ręki ze stawu.

– Przepraszam – powiedziała. – Nie powinnam w ogóle o tym mówić. Nie po tym, co się stało.

– Nie ma sprawy – mruknąłem.

Ukąszenie swędziało. Wykręcałem rękę, jak tylko mogłem, żeby się podrapać. Moje palce ślizgały się po mokrej od potu skórze.

– Nie mogę przestać o tym myśleć. Ja... ja nie rozumiem, jak to było możliwe. Dlaczego nikt się nie zorientował?

– Nie pluj sobie w brodę – poradziłem jej. – Ty i tak miałaś z nimi wszystkimi mało do czynienia. A co do tematu „nikt się nie zorientował”... Tak to jest. „Wysoki Sądzie, skąd mogłem wiedzieć, że mój sąsiad zarżnął w swojej piwnicy pięcioro dzieci z sąsiedztwa. Nie wyglądał na takiego, Wysoki Sądzie. To był miły człowiek, raz sam zaproponował, że skosi nam trawę, kiedy zwichnąłem nogę”.

Popluskała palcami w wodzie. Obok nas przepłynęła rozmoczona gazeta, chyba „Hürriyet”, ale nie zdążyłem zobaczyć.

– Ale przecież musiały być jakieś sygnały.

– Zawsze są – powiedziałem. – Tylko je ignorujemy. Dokonujemy wyboru. Spokojny sen w zamian za spokojne sumienie. Rachunek jest prosty, tak mówili w reklamie, nie pamiętam w jakiej.

Chlapnęła nogą. Coś zaszurało w trzcinach na brzegu cuchnącej rzeki. Spłoszony szczur wodny albo wielka mysz.

– Wiesz co, Mario, czasami cię nie rozumiem. Jesteś tak strasznie cyniczny, że... – Pokręciła głową. – Jakby śmierć... morderstwo można było skwitować po prostu wzruszeniem ramion.

Wzruszyłem ramionami. Przysięgam, że nie zrobiłem tego specjalnie. Pewne gesty wykonuje się odruchowo, jakby ktoś pociągnął za przyczepione tu i ówdzie sznurki.

Czytaj także

Poleć stronę

Zamknij
Facebook Twitter Google+ Wykop Poleć Skomentuj

Ta strona do poprawnego działania wymaga włączenia mechanizmu "ciasteczek" w przeglądarce.

Powrót na stronę główną