Carlos Fuentes należał do największych prozaików iberoamerykańskich drugiej połowy XX i początku XXI w. Sukces autora nie był przypadkowy – zadecydowało o nim nowatorstwo formalne i dar opowieści. Dla tych jednak, którzy ostatnie dokonania zmarłego w 2012 r. Fuentesa śledzili uważnie, „Nietzsche na balkonie” zapewne nie będzie wielkim zaskoczeniem. Ostatnią udaną książką Meksykanina nadal pozostają „Wszystkie szczęśliwe rodziny”. W opublikowanym pośmiertnie „Nietzschem” znajdziemy to, co drażniło w „Woli i fortunie” czy „Adamie w Edenie”, tylko w większym natężeniu: patos, pseudofilozoficzność, zużyte postmodernistyczne chwyty, epatowanie ekstremami. „Ironia to maska. Wszystko, co głębokie występuje w masce” – pisze Fuentes i nie sposób się z nim nie zgodzić. Jednak żadna z postaci-masek – ani Nietzsche, ani bracia Loredano, ani prawnik Aaron Azar, ani rewolucjonista ducha Saul – nie przekonuje. Fabuła jest grubymi nićmi szyta, dialogi śmieszą. Można w „Nietzschem na balkonie” widzieć symboliczną przypowieść o losach przesiąkniętego zgnilizną moralną i korupcją, miotanego okrucieństwem i rewolucjami Meksyku. Można dostrzec klamrę, spinającą twórczość meksykańskiego prozaika. Do tego wszystkiego trzeba jednak mnóstwo dobrej woli.
Carlos Fuentes, Nietzsche na balkonie, przeł. Barbara Jaroszuk, Świat Książki, Warszawa 2016, s. 348